Postawiłam sobie za wysoko poprzeczkę. To fakt. W zeszłym roku urodziny mojego chłopaka zorganizowałam na tip-top, a teraz znowu stanęłam przed tym zadaniem (ale o tym później), mając świadomość, że już niewiele może przyćmić wspomnienie tamtego dnia.
Rok temu "spałam" z tym tematem kilka nocy wczesnomajowych, choć mój chłopak urodziny obchodzi dopiero na początku czerwca. Byliśmy wtedy ze sobą aż lub dopiero cztery miesiące, licząc od 14 lutego. Tak to jest – jesteś z kimś, spędzacie razem sporo czasu, ale gdy przychodzi ta decydująca chwila, to stoisz z pustym mózgiem i panikujesz: „Co tu kupić, co właściwie kupić?!”. Można poszukać w Google, można zerknąć u mnie na ściągę najlepszych prezentów dla chłopaka, ale prawda jest taka, że chcesz podarować ukochanemu coś wyjątkowego, niezapomnianego, a co najważniejsze – indywidualnego!
Moje nocne przebłyski geniuszu, jak i przyjaźń z wyszukiwarką, zaowocowały. Zrezygnowałam z kupnego prezentu. Wynikało to trochę z mojej filozofii – w życiu lepiej otaczać się ludźmi i doświadczeniami niż przedmiotami. Postanowiłam zorganizować mojemu chłopakowi cały dzień jego urodzin. Plan był skomplikowany w swojej prostocie, bo spędzając tyle czasu razem – na uczelni i poza nią – trudno utrzymać coś w sekrecie.
Rano przyjechałam do niego na śniadanie i choć poranek nam się przedłużył..., to przed 11 ruszyliśmy w kierunku pierwszego punktu niespodzianki, czyli na bowling na wynajętym przeze mnie torze w poznańskim Niku. Na miejscu mieli z tortem czekać nasi przyjaciele i znajomi z roku, zorganizowani dzięki tajnemu wydarzeniu na FB – przecież na uczelni nie mieliśmy jak rozmawiać. Gdy tylko usłyszałam, że "głuchniecie" dźwięku i moja przyjaciółka wiedziała, że ma zapalić świeczki. Ta część, jak to bywa w słoneczny, wietrzny dzień przy stolikach przed budynkiem, udała się prawie idealnie. Byłoby idealnie, gdyby mój chłopak miał trochę mniej niż 20 świeczek do upilnowania. Otrzymał oprawioną w antyramę okładkę handmade Men’s Healtha, a po zjedzonym torcie skoczyliśmy na ponad godzinną grę w kręgle.
Kolejnym punktem miał być „bardzo romantyczny obiad dla dwojga”. To było zresztą praktyczne podejście, bo czerwcową sobotę wszyscy chcieli jednocześnie spędzać w trybie sesyjnym. Mieliśmy spacerkiem wracać do domu – on w krótkich spodenkach, czerwonym t-shircie, ja w sukience (mój chłopak uważa, że noszę ich zdecydowanie za mało). Do tego jeszcze w maju uznałam, że sprawię sobie prezent z okazji jego urodzin i kupiłam turkusową bieliznę Marks & Spencer ♥ Słowem – ubrani lekko i przewiewnie.
W drodze do domu zaczęło padać. Przemoknięta i jednocześnie trochę za duża sukienka pod ciężarem wody postanowiła zsunąć się zdecydowanie za nisko. Prezent pod spodem został za szybko zauważony, przy warunkach atmosferycznych mało atrakcyjnych, ale cóż… tak w życiu bywa. Dotarliśmy – „bardzo romantycznym obiadem dla dwojga” była najlepsza pizza w Poznaniu – Trivioli kurkowa z kurczakiem (mmm… yummi!). Z nią też udało się... prawie. Prawie, gdyby pizzeria zauważyła zamówienie online. Gdy ja suszyłam się otulona kocem na łóżku mojego chłopaka, on po swój prezent zdecydował się pojechać sam… rowerem… w deszcz. Pizza nie była nawet w planach robienia przez obsługę. Plus taki, że dostał milion przeprosin i naszą pizzę za darmo. W planach miałam jeszcze kino, ale byliśmy tak wykończeni, że je sobie odpuściliśmy na rzecz ciepła domu i dobrego seansu z laptopa. Na zakończenie dnia, po zmroku pojechaliśmy nad Wartę, pod most Rocha, z 20 chińskimi lampionami (przechowywała je nasza kumpela, która mieszka tuż obok, aby mój chłopak nic nie podejrzewał).
WOW, nieźle się czyta wspomnienia o takim dniu a co dopiero go przeżywać ;) Podziwiam pomysł i konsekwencje w realizacji i z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy :)
OdpowiedzUsuńtrivioli na czecha?? :D
OdpowiedzUsuńta tivioli na Naramowicach, ale pierwszą pizzę kurkową jadłam właśnie na Czecha - była świetna
UsuńŚwietny wpis!
OdpowiedzUsuńhttp://przystannatalii.blogspot.com/
Napiszę notke z relacją z warszawy, ja w tym roku niestety nie mogłam sie wybrać... ale mam zlamane serce z tego powodu.
OdpowiedzUsuńA prezent fenomenalny, równiez popieram rozdawanie miłych chwil, a nie drogich przedmiotów.
Warszawa, naprawdę super! Zresztą zmotywowałam się i napisała relację ;D
UsuńByłam pod mostem św. Rocha! Jest super! :)
OdpowiedzUsuńhttp://natalla-blog.blogspot.com/2014/06/summer-with-sheinside.html
POKLIKASZ U MNIE W LINKI? PROSZĘ!!! BARDZO MI POMOŻESZ! I SPRAWISZ, ŻE POJAWI SIĘ UŚMIECH NA MOJEJ TWARZY!!! -> :)
MIEJ SERDUSZKO! <3
Wiem, że jak większość dziewczyn liczysz na ciuszki od nich, ale to mało uczciwa "marka". Oferują ubrania produkowane za grosze chińskiego taobao (średnio na polskie 5-25zł -> 1¥ chiński to 45gr ) sprzedając je po europejskich cenach. Do tego mając taką klientelę nie raz pozwolili sobie na body-shaming blogerek, których kandydaturę zaakceptowali - gdy one zrobiły im reklamę, odpowiedzieli, że ich wymiary zaszkodziłby wizerunkowi firmy. Nie na tym polega marketing. Próbuj jak chcesz, ale ja nie popieram ich działań :p
UsuńTylko pozazdrościć takiego dnia. Można rzec - je też tak chcę... :D
OdpowiedzUsuńwbrew pozorom bardzo wiele chwil można zorganizować, albo wręcz przeciwnie - pójść na spontan :D wspomnienia nic nie kosztują!
UsuńŚwietny wpis.
OdpowiedzUsuńUwielbiam spontany- takie sa najlepsze. ;)