Jak oszczędzać pieniądze od pierwszej pracy - realne podejście dla 25–30 latków

Jak oszczędzać pieniądze od pierwszej pracy

Pierwsza praca miała wyglądać jak wejście do dorosłości, a często wygląda tak: wypłata wpada, człowiek przez dwa dni czuje się jak król świata, finansowy strateg, po tygodniu zamawia coś "bo przecież wreszcie mnie stać", a pod koniec miesiąca zastanawia się, gdzie to wszystko zniknęło. No po prostu klasyka... 

Właśnie tak zaczyna sporo osób tuż po studiach lub w trakcie i właśnie dlatego oszczędzanie od pierwszej pracy nie polega na jakiejś niespotykanej, dostępnej tylko dla wybranych samodyscyplinie, tylko na ogarnięciu kilku prostych rzeczy, zanim pieniądze znowu rozpłyną się w powietrzu.

Nie zamierzam pisać, że każdy może odkładać połowę pensji, wstawać o piątej rano i jeszcze z uśmiechem analizować budżet w Excelu. 

Normalne życie tak nie działa. 

Masz czynsz, jedzenie, transport, czasem kredyt studencki, czasem kota, czasem słabszy miesiąc, a czasem po prostu ochotę żyć jak człowiek, nie jak projekt oszczędnościowy. 

Da się jednak podejść do pieniędzy tak, żeby nie kończyć każdej wypłaty w tym samym miejscu: między "jakoś to będzie" a "byle do dziesiątego".

Ten tekst jest właśnie o tym: jak zacząć oszczędzać bez skrajności, bez finansowego coachingu i bez udawania, że wszystko zależy od nastawienia. Nie zależy. Zależy od decyzji, nawyków i prostego systemu, który nie rozsypie się po trzech tygodniach.

Start zwykle nie wygląda imponująco i to jest normalne

Większość ludzi nie zaczyna od poduszki finansowej, planu inwestycyjnego i spokojnego przekonania, że "teraz będę budować majątek". Zaczyna od pierwszej pracy, pierwszych stałych wpływów i bardzo szybkiego odkrycia, że dorosłość jest podejrzanie droga. Nagle płacisz za rzeczy, które wcześniej "po prostu były". Telefon, dentysta, paliwo, ubezpieczenie, prezent na urodziny kogoś z rodziny, naprawa czegoś, co oczywiście musiało się zepsuć akurat teraz. 

Pieniądze mają tę irytującą właściwość, że znikają nawet wtedy, gdy nic spektakularnego nie kupujesz.

W tym momencie łatwo wpaść w najpopularniejszy model działania: żyć od wypłaty do wypłaty i uznawać, że "na tym etapie się nie da". Czasem faktycznie jest ciasno. Czasem pensja ledwo spina miesiąc. Tyle że bardzo często problemem nie jest wyłącznie wysokość zarobków, tylko brak kontroli. Nie wiesz, ile wydajesz. Nie masz ustawionej żadnej stałej kwoty odkładania. Nie odróżniasz wydatków koniecznych od tych, które po prostu dobrze się kliknęły wieczorem w aplikacji.

Dlatego tak bardzo polecam zacząć od książki "Psychologia Pieniędzy", ponieważ większość z nas nie wynosi zdrowych relacji z pieniędzmi z domu i niestety musimy się ich nauczyć jak każdej innej umiejętności.

Właśnie dlatego oszczędzanie od pierwszej pracy nie zaczyna się od inwestowania, tylko od orientacji w tym, co w ogóle robisz z pieniędzmi. Niby mało efektowne, ale zaskakująco przydatne. Bez tego później człowiek snuje wielkie plany, a potem znowu kończy miesiąc z myślą: "przecież nic takiego nie kupowałam". Oczywiście. Kawa, jedzenie na mieście, kilka drobiazgów, subskrypcje, które same się nie anulują, i nagle "nic takiego" kosztuje kilkaset złotych.

Dlaczego ludzie nie oszczędzają, choć wiedzą, że powinni?

Problem z pieniędzmi rzadko polega na braku wiedzy. Większość osób wie, że dobrze byłoby coś odkładać. Tylko między "dobrze byłoby" a realnym działaniem jest jeszcze życie, zmęczenie, impulsy i to słynne "od następnego miesiąca". Właśnie tu wchodzi cała psychologia pieniędzy, nawet jeśli brzmi to trochę zbyt poważnie jak na zwykłe konto i kartę płatniczą.

Ludzie nie oszczędzają, bo przyszłość wydaje się odległa, a teraźniejszość bardzo skutecznie dopomina się o nagrody. Po ciężkim tygodniu łatwo sobie wytłumaczyć kolejne zakupy, jedzenie na dowóz czy spontaniczny wyjazd. Nie dlatego, że ktoś jest nieodpowiedzialny. Bardziej dlatego, że ma dość, chce sobie poprawić humor i wybiera to, co daje natychmiastowy efekt. Oszczędzanie działa odwrotnie. Wymaga decyzji teraz, a korzyść pokazuje dopiero później. Marketing uwielbia pierwszy model, konto oszczędnościowe raczej nie.

Jeśli chcesz dobrze zrozumieć, czemu podejmujemy finansowe decyzje tak często wbrew własnemu interesowi, podkreślam ponownie, ale naprawdę warto zajrzeć do tekstu o psychologii pieniędzy. Tam dobrze widać, że problem nie sprowadza się do liczb. Dużo częściej chodzi o emocje, przyzwyczajenia i krótkoterminowe myślenie, które wygląda niewinnie, dopóki nie minie pół roku bez jednej sensownej oszczędności.

Dochodzi do tego jeszcze jeden kłopot: wiele osób traktuje oszczędzanie jak karę. Jakby odkładanie pieniędzy miało oznaczać koniec przyjemności, koniec spontaniczności i wejście w tryb księgowego z duszą ascety. Nic dziwnego, że taki system pada szybko. Nikt nie chce żyć w poczuciu, że cały miesiąc się ograniczał, żeby potem zobaczyć na koncie kwotę, która nie robi wielkiego wrażenia. Właśnie dlatego potrzebne jest podejście normalne, nie heroiczne.

Ile realnie można odkładać pieniędzy?

Tutaj ludzie najczęściej psują temat już na starcie, bo celują w kwoty, które dobrze wyglądają w teorii, a fatalnie sprawdzają się w praktyce. Kto zarabia niewiele i próbuje od razu odkładać 30 procent, ten zwykle kończy z frustracją i porzuca cały plan. Kto z kolei odkłada zero, bo "na razie nie ma z czego", ten często zostaje z tym samym argumentem przez kolejne lata. Środek bywa mniej widowiskowy, ale za to działa.

Przy małych zarobkach sensowny start to nawet 5-10 procent dochodu albo stała kwota typu 100, 200 czy 300 zł miesięcznie. Brzmi skromnie? Jasne. Nadal lepsze to niż wielkie deklaracje bez pokrycia. Jeśli zarabiasz średnio i wydatki nie zjadają wszystkiego, można celować w 10-20 procent. Nie dlatego, że tak mówi jakaś święta zasada finansów, tylko dlatego, że przy tym poziomie da się coś realnie zbudować bez codziennego zaciskania zębów.

Najważniejsze pytanie nie brzmi więc "ile powinno się odkładać", tylko "ile jestem w stanie odkładać regularnie". Regularność jest tu dużo cenniejsza niż ambitny plan na dwa miesiące. Lepiej odkładać 300 zł przez rok niż 1000 zł przez dwa miesiące, a potem wrócić do starego chaosu. Matematyka bywa nudna, ale akurat tutaj stoi po właściwej stronie.

Jeśli chcesz zobaczyć, ile można oszczędzić przy konkretnych założeniach i dlaczego nawet pozornie małe kwoty robią różnicę, ten temat mam rozpisany szerzej w osobnym tekście. Dobrze to ustawia głowę, bo nagle okazuje się, że odkładanie nie musi zaczynać się od wielkich pieniędzy, żeby miało sens.

Małe kwoty działają z jeszcze jednego powodu: uczą Cię systemu. Kiedy przez kilka miesięcy potrafisz regularnie odkładać 200 zł, dużo łatwiej zwiększyć tę kwotę później, gdy zarobki rosną. Kto nie nauczył się odkładać przy mniejszych wpływach, ten przy większych często tylko drożej żyje. Pensja rośnie, a wraz z nią standard codziennych wydatków. Oszczędności dalej brak. Za to przekonanie, że "więcej zarabiam, a nadal nic nie zostaje", ma się świetnie.

Jak zacząć oszczędzać bez komplikowania sobie życia?

Najprostszy model jest zwykle najlepszy: odkładasz stałą kwotę albo stały procent od każdej wypłaty, od razu po wpływie pieniędzy. Nie na końcu miesiąca. Nie z tego, "co zostanie". Na końcu miesiąca zostaje najczęściej rozczarowanie i pojedyncze monety, które nawet nie mają już energii udawać planu finansowego.

Jeśli więc pytasz, jak zacząć oszczędzać, odpowiedź brzmi mało widowiskowo: ustaw przelew automatyczny dzień po wypłacie. Na osobne konto oszczędnościowe. Bez zastanawiania się co miesiąc, bez testowania siły woli i bez tej teatralnej sceny pod tytułem "w tym miesiącu wyjątkowo nie dam rady". Automatyzacja jest nudna, ale właśnie dlatego skuteczna. Nie wymaga motywacyjnego nastroju. Po prostu załatwia temat, zanim zdążysz sobie wmówić, że tym razem "wyjątkowo" wszystko było potrzebne.

Na początku nie komplikuj systemu. Jedno konto na oszczędności, jedna kwota, jeden cel główny: zbudować pierwszą rezerwę. Nie potrzebujesz pięciu kategorii, aplikacji premium i rozpiski w kolorach, chyba że naprawdę to lubisz. Większość osób nie potrzebuje bardziej zaawansowanego planu. Potrzebuje planu, którego nie porzuci po dwóch tygodniach.

Dobrze działa też prosty podział: najpierw koszty stałe, potem kwota na oszczędności, dopiero później reszta na życie. Kolejność ma znaczenie. Kiedy oszczędności są traktowane jak ostatni element układanki, zwykle przegrywają z wszystkim innym. Gdy stają się jednym z podstawowych wydatków, przestają być opcją "jak się uda".

Osobno warto też spojrzeć na wydatki, które od miesięcy uciekają bokiem. Subskrypcje, jedzenie zamawiane z wygody, zakupy z nudów, promocje, które kosztują więcej niż brak promocji. Bardzo dobrze pokazuje to tekst o tym, jak oszczędzać i inwestować w sposób sensowny, a nie oparty na fantazjach o błyskawicznym finansowym zbawieniu. Lubię takie podejście, bo sprowadza temat na ziemię, czyli tam, gdzie pieniądze naprawdę znikają.

Kiedy inwestowanie ma sens, a kiedy jeszcze nie?

Inwestowanie brzmi dorosło i poważnie, więc łatwo uznać, że trzeba zacząć od razu. Tylko że nie każdy moment jest dobry. Jeśli nie masz żadnej poduszki finansowej, każda niespodziewana awaria pralki albo leczenie zęba może Cię zmusić do wyciągania pieniędzy z inwestycji w złym momencie. Mało przyjemne i mało sensowne.

Dlatego rozsądna kolejność wygląda zwykle tak: najpierw podstawowe ogarnięcie budżetu, potem poduszka bezpieczeństwa, a dopiero później inwestowanie. Nie dlatego, że inaczej nie wolno, tylko dlatego, że inwestowanie pieniędzy, które mogą Ci być zaraz potrzebne, jest zwyczajnie kiepskim pomysłem. Rynek nie ma obowiązku współpracować akurat wtedy, gdy nagle potrzebujesz gotówki.

Samo inwestowanie na tym etapie nie musi być skomplikowane. Nie potrzebujesz od razu fascynacji wykresami i analizowaniem spółek po nocach. Dla większości osób na początku ważniejsze jest zrozumienie, po co w ogóle inwestować: żeby pieniądze nie leżały biernie przez lata i żeby dać sobie szansę na coś więcej niż samo odkładanie. Bez technikaliów, bez grania eksperta po trzech filmikach w internecie.

Na tym etapie dobrze myśleć o inwestowaniu jako o kolejnym kroku, nie o obowiązku od pierwszej pensji. Najpierw system, potem konsekwencja, dopiero potem rozszerzanie całości. Spokojniej i bez tego typowego chaosu, gdy człowiek najpierw kupuje coś "na przyszłość", a potem nie ma z czego zapłacić za teraźniejszość.

Nie rezygnowałabym też pochopnie z PPK, bo akurat tu matematyka jest po Twojej stronie, nawet jeśli sam skrót brzmi jak coś wyjętego z urzędowej prezentacji. PPK, czyli Pracownicze Plany Kapitałowe, to program, w którym dokładasz część swojej pensji, ale nie oszczędzasz sama: dorzuca się pracodawca i dorzuca się państwo. W praktyce właśnie to robi różnicę. Przy wynagrodzeniu 6000 zł brutto standardowa wpłata pracownika to 120 zł miesięcznie, pracodawca dopłaca 90 zł, a jeśli spełnisz warunki programu, dochodzi jeszcze 250 zł wpłaty powitalnej i 240 zł dopłaty rocznej. Czyli w pierwszym pełnym roku z Twojej strony wychodzi 1440 zł, a na rachunku może pojawić się około 3010 zł przed wynikiem inwestowania. Trudno o bardziej przyziemny argument, żeby z programu nie wyskakiwać tylko dlatego, że ktoś powiedział, że "samemu lepiej". Samemu zwykle kończy się na tym, że oczywiście miałaś odkładać, ale akurat wyszło życie.

IKE i IKZE - co to jest i czy ma sens na tym etapie?

Jeśli temat finansów zaczął Cię już trochę interesować, prędzej czy później trafisz na skróty IKE i IKZE. Brzmią jak coś, co wymyślono wyłącznie po to, żeby zniechęcić ludzi do czytania dalej, ale sam mechanizm jest prostszy niż nazwy. To rozwiązania związane z oszczędzaniem na przyszłość, głównie z myślą o emeryturze, tylko z określonymi korzyściami podatkowymi.

W dużym skrócie: IKE i IKZE to konta, które mają sens wtedy, kiedy chcesz odkładać długoterminowo i jesteś gotowa zostawić te pieniądze na później, a nie na przyszłoroczne wakacje czy nowy telefon. Nie są obowiązkowe. Nie są dla każdego od razu. Nie są też żadnym finansowym sekretem dla wtajemniczonych. Trzeba po prostu wiedzieć, jak działają i czy w Twoim przypadku to już dobry moment.

Jeśli chcesz to zrozumieć bez języka, który brzmi jak broszura z banku, zajrzyj do tekstu o IKE i IKZE. Tam dobrze widać, dla kogo takie rozwiązanie ma sens i dlaczego nie trzeba rzucać się na nie tylko dlatego, że ktoś powiedział, że "tak robią świadomi finansowo ludzie". Świadomość finansowa to nie jest kolekcjonowanie produktów. Chodzi o dopasowanie narzędzi do własnego etapu.

Dla osoby w wieku 25-30 lat IKE albo IKZE może być sensownym dodatkiem, ale raczej po ogarnięciu podstaw. Jeśli dopiero uczysz się regularnie odkładać, najpierw zbuduj stabilny fundament. Gdy masz już nawyk, rezerwę finansową i trochę więcej oddechu w budżecie, wtedy takie konto zaczyna wyglądać jak rozsądny kolejny krok, a nie zbędna komplikacja.

Jak utrzymać system i nie odpaść po dwóch miesiącach?

Najwięcej planów oszczędzania nie pada dlatego, że są złe, tylko dlatego, że są zbyt ambitne albo zbyt upierdliwe. Człowiek zaczyna z rozmachem, tnie wydatki o połowę, rozpisuje budżet co do złotówki, a potem przychodzi zwykłe życie i cały projekt ląduje w kącie. Dlatego system oszczędzania powinien być trochę nudny. Nuda ma tu dobrą prasę. Oznacza, że coś jest powtarzalne i nie wymaga codziennej walki ze sobą.

Najlepiej działa kilka prostych zasad. Po pierwsze, nie zwiększaj kwoty oszczędzania za szybko. Najpierw utrzymaj rytm przez kilka miesięcy. Po drugie, zostaw sobie margines na normalne życie. Budżet bez miejsca na przyjemności zwykle kończy się odbiciem w drugą stronę i większym wydawaniem. Po trzecie, sprawdzaj postęp raz w miesiącu, nie codziennie. Nerwowe patrzenie na konto nie buduje dyscypliny, tylko zmęczenie.

Dobrze też od czasu do czasu skorygować system. Gdy rosną zarobki, zwiększaj kwotę odkładania stopniowo, zamiast automatycznie pompować cały nowy dochód w wyższy styl życia. Gdy masz gorszy miesiąc, nie rezygnuj całkiem. Odkładaj mniej, ale utrzymaj nawyk. W oszczędzaniu ważniejsze od idealnego wyniku jest to, żeby nie wypaść z gry przy pierwszym potknięciu.

Pomaga również przypomnienie sobie, po co to w ogóle robisz. Nie po to, żeby mieć piękną tabelkę. Po to, żeby nie panikować przy nieprzewidzianym wydatku, mieć większą swobodę decyzji i nie być skazaną na życie od jednej wypłaty do drugiej. Brzmi przyziemnie, bo takie właśnie jest. Dobra wiadomość jest taka, że przyziemne cele zwykle mają więcej sensu niż wielkie finansowe manifesty.

Na koniec warto zapamiętać jedną rzecz: jak oszczędzać pieniądze to nie jest pytanie o perfekcję. To pytanie o system, który da się utrzymać. Jak zacząć oszczędzać też nie wymaga przełomu. Wystarczy jedna stała kwota, automatyczny przelew i odrobina uczciwości wobec własnych wydatków. Nie musisz od razu robić wszystkiego idealnie. Wystarczy, że przestaniesz zostawiać ten temat przypadkowi, bo przypadek wyjątkowo rzadko odkłada coś za Ciebie.

Oszczędzanie od pierwszej pracy ma sens nawet wtedy, gdy zaczynasz skromnie. Właśnie wtedy ma sens najbardziej. Nie dlatego, że 200 zł miesięcznie nagle odmieni całe życie, tylko dlatego, że budujesz coś ważniejszego niż sama kwota: nawyk, kontrolę i odrobinę spokoju. A tego akurat nie daje ani kolejna spontaniczna paczka z internetu, ani pocieszające zdanie, że "od przyszłego miesiąca już na pewno".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Adbox