Wygląda to wszystko absurdalnie dobrze. Naprawdę chciałam dać szansę „Wichrowym Wzgórzom”. Pierwsze 30 minut i łapię się na tym, że jestem w środku: wiatr, mokre włosy, przemoc, niepokój, spojrzenia, które mają znaczyć więcej niż dialog. Kostiumy Margot Robbie są dokładnie takie, jakie chce się oglądać. Im dalej, tym bardziej każda scena wygląda jak plansza z Pinteresta, którą ktoś w końcu ożywił i dał jej budżet.
W dobrym znaczeniu, bo kostiumy i kadry dają czystą wizualną przyjemność.
Naprawdę chciałam ten film lubić. Pierwsza mniej więcej godzina, może nawet półtorej, daje dokładnie to, czego oczekujesz po „Wichrowych Wzgórzach” w wersji 2026 i po trailerze wypuszczonym pod romantyczne napięcie. Kto zna książkę, od początku czuje, że coś zgrzyta, ale jednocześnie są te wszystkie niepokojące ujęcia, spojrzenia przeciągnięte o sekundę za długo, muzyka i napięcie, które obiecują, że zaraz wydarzy się coś nieodwracalnego. Znam złe opinie, ale osobiście długo to kupowałam i nawet z przyjemnością. Wizualnie to jest dokładnie ten poziom, przy którym przestaje się analizować, a zaczyna po prostu patrzeć i ucztować. Zresztą nie będę gołosłowna, bo ilustracje właściwie robią tu połowę roboty.
Moda jest ważna. „Wichrowe Wzgórza” ze swoimi gorsetami i romantycznym przerysowaniem idealnie wpadają w ten moment luksusowych wybiegów. O tej nowej romantyczności już się zresztą rozpisałam w tekście „Gorset wraca, a razem z nim nasze problemy”.
Kostiumy są przepiękne. Naprawdę. Margot Robbie wygląda jak ruchoma ilustracja z jakiejś bardzo dobrze kuratorowanej tablicy pełnej sukien: faktury, kolory, warstwy, wszystko dopracowane do ostatniego szwu. Tylko bardzo szybko zaczyna być jasne, że to nie jest żadna epoka, tylko fantazja o epoce. Te ubrania nie mają wiele wspólnego z historią, za to bardzo dużo z tym, jak chcemy ją dziś oglądać. Trochę Dior, trochę Chanel, trochę myślenia w stylu: zróbmy to jeszcze bardziej dramatyczne.
Ale ja to kupuję. Naprawdę kupuję tę estetykę. Tylko że w pewnym momencie zaczynam się łapać na tym, że oglądam ubrania, nie ludzi. Że pamiętam rękaw, nie scenę. Że wszystko jest tak piękne, że aż przestaje być prawdziwe.
Powinno się coś wydarzyć
Największe rozczarowanie zaczyna się dokładnie wtedy, kiedy film powinien wejść poziom głębiej. Nie wchodzi. Cathy i Heathcliff krążą wokół siebie w nieskończoność, powtarzając ten sam układ emocji: przyciąganie, odpychanie, dramat, powrót. Mogłoby to działać, gdyby za tym szła jakaś zmiana, jakiekolwiek pogłębienie, choćby jedno naprawdę bolesne przesunięcie.
Nie ma go. Dostajemy kolejne wariacje tej samej sceny: deszcz, szept, bliskość, która ma być intensywna. Po raz piąty jeszcze się angażujesz, po kolejnym zaczynasz się wycofywać, po n-tym jesteś już całkowicie obok. To jest historia romansu, małżeństwa, młodości wspólnej, historia, która wygląda, jakby miała stawkę, ale w praktyce nic nie ryzykuje.
Ich relacja nie rozwija się, nie komplikuje, nie zaskakuje. Jest powtarzana, jak refren, który ktoś uznał za wystarczająco dobry, żeby nie pisać reszty piosenki.
Erotyzm, który boi się samego siebie
Najbardziej kuriozalne jest to, jak ten film próbuje być zmysłowy. Wszystko jest ustawione pod napięcie: wilgotne koszule, ciężkie oddechy, dłonie, które zatrzymują się dokładnie tam, gdzie powinny. Za każdym razem, kiedy wydaje się, że coś naprawdę się wydarzy, kamera się wycofuje.
Rozumiem niedopowiedzenie. Rozumiem sugestię. Tutaj jednak zaczyna to wyglądać jak autocenzura. Jakby film chciał być odważny, ale tylko na tyle, żeby nadal dało się go sprzedać jako elegancką adaptację klasyki na walentynki.
To jest film, który udaje erotyzm, jednocześnie panicznie unikając jakiejkolwiek realnej intensywności. Efekt jest dziwny: chłodny, zdystansowany, momentami wręcz śmieszny, choć wszystko wokół bardzo się stara, żeby było śmiertelnie poważne.
Świat, który nie istnieje
Jeszcze bardziej wybija mnie z rytmu to, że ten film właściwie nie ma świata. Postacie drugoplanowe są jak rekwizyty. Nie mają własnych historii, własnych problemów, nawet własnej obecności. Pojawiają się tylko wtedy, kiedy trzeba przesunąć relację Cathy i Heathcliffa o kolejny krok.
Nie ma też przestrzeni, która by to wszystko utrzymała. Domy wyglądają jak scenografie, nie miejsca do życia. Gładkie, czyste, nienaturalne. W jednej scenie masz wrażenie pałacu, w drugiej czegoś na kształt jaskini. Układ przestrzeni nie ma sensu, ale też specjalnie nie próbuje go mieć.
Zaczynasz się zastanawiać, gdzie oni właściwie są, jak wygląda ich codzienność, co istnieje poza tym jednym obsesyjnym układem. I szybko dochodzisz do wniosku, że film w ogóle nie jest tym zainteresowany. Liczy się tylko to, żeby wszystko wyglądało dobrze w kadrze.
Styl jako substytut emocji
Najbardziej frustrujące jest to, że widać, ile tu jest pieniędzy, pracy i intencji. Każdy element jest dopracowany, każdy kadr przemyślany. Tylko że one nie składają się w całość. Kostium mówi jedno, muzyka drugie, scenografia trzecie, a emocje próbują nadążyć za tym wszystkim, ale nie mają gdzie się zakotwiczyć.
W pewnym momencie przestajesz nawet próbować wejść w tę historię. Siedzisz i patrzysz, trochę z dystansem, trochę z podziwem, trochę z rosnącym zmęczeniem. Bo to jest intensywne, ale w sposób, który nie daje żadnej ulgi.
Styl tutaj nie jest nośnikiem emocji. On je zastępuje.
Rozczarowanie, które przychodzi za późno
Najgorsze jest to, że orientujesz się dopiero pod koniec, że nic się z Tobą nie wydarzyło. Przez ponad dwie godziny patrzysz na historię, która powinna zostawić ślad, a nie zostawia nic poza obrazami. Nawet momenty, które powinny być kulminacyjne, przechodzą obok, jakby ktoś przyciszył dźwięk dokładnie wtedy, kiedy powinno być najgłośniej.
Nie czuję tragedii, nie czuję miłości, nie czuję straty. Czuję estetykę. Bardzo dopracowaną, bardzo konsekwentną, bardzo pustą.
Może właśnie to boli najbardziej. Bo to nie jest zły film w prostym sensie. To jest film, który ma wszystkie elementy, żeby być czymś mocnym, tylko nie robi z nich niczego, co miałoby znaczenie. Jak piękny przedmiot, który nigdy nie był do używania, tylko do oglądania.
Wychodzę z kina i pamiętam konkretne obrazy: suknię, światło, gorset, deszcz. Nie pamiętam, dlaczego oni się kochali. Nie wierzę, że nie mogli bez siebie żyć. Nie czuję, że coś zostało zniszczone.
Wtedy dopiero dociera do mnie, co tu nie zadziałało. To nie jest romans. To jest jego bardzo droga, bardzo stylowa imitacja.
Mam bardzo podobne odczucia, niestety.
OdpowiedzUsuń