„Becoming Jane”, czyli polska „Zakochana Jane”, nie jest może największym filmowym wstydem świata, ale też trudno mi udawać, że oglądałam go z rosnącym zachwytem. Raczej z tym specyficznym uczuciem, kiedy wszystko wygląda poprawnie, aktorzy są na miejscu, suknie szeleszczą jak należy, a mimo to gdzieś po drodze ulatuje takie życie. Zostaje ładna rama i środek, który powinien pulsować, ale tylko grzecznie się porusza. A Jane Austen jaką ona była kobietą? Nie wiemy, ale mamy o niej tyle informacji z jej książek, z historii, z odrobiny wyobraźni wiktoriańskiej...
Pomysł sam w sobie wydaje się przecież kuszący. Wziąć Jane Austen, ustawić ją w świetle świec, dać jej cięty język, parę salonowych starć i mężczyznę o spojrzeniu, które z założenia ma być irytujące, a potem romantyczne. Brzmi jak przepis niemal niezawodny. Problem w tym, że Zakochana Jane bardziej odtwarza Austen, niż naprawdę próbuje ją zrozumieć. Zamiast żywej kobiety dostajemy bohaterkę złożoną z aluzji do własnych powieści.
Jane jak Elizabeth, tylko trochę z obowiązku
Anne Hathaway gra Jane Austen jako rodzaj wcześniejszej wersji Elizabeth Bennet: inteligentnej, zadziornej, niezbyt skorej do podporządkowania się światu, który od kobiet oczekuje głównie wdzięku, milczenia i dobrze zawartego małżeństwa. Taka konstrukcja jest zrozumiała, nawet momentami przyjemna, bo rozpoznajemy znajomy rytm. Szczęśliwie ojciec wspiera, matka naciska, kandydat do ręki jest bezbarwny, za to odpowiednio wypchany pieniędzmi. Wszystko zgadza się aż za bardzo.
James McAvoy jako Tom Lefroy wnosi do filmu energię, której bardzo tu potrzeba. Między nim a Jane pojawia się słowna szermierka, kilka drobnych uszczypliwości, trochę kokieterii przebranej za intelektualny pojedynek. Kilka scen naprawdę działa, bo słychać w nich tempo i złośliwość, które Austen umiała zamieniać w sztukę. Kiedy jednak kurz opada, zostaje wrażenie, że ten romans został napisany nie z potrzeby serca, tylko z potrzeby skojarzenia. Miał przypominać Darcy’ego i Elizabeth, więc przypomina. Tyle że przypomnienie nie zawsze wystarcza.
Ładne kostiumy, porządna obsada, trochę za mało prawdy
Film wygląda dobrze. Kadry są eleganckie, kostiumy robią swoje, aktorsko też trudno się złośliwie czepiać. Julie Walters i Maggie Smith wiedzą, jak wejść do takiej opowieści bez potknięcia, a Ian Richardson w jednej z ostatnich ról zostawia po sobie ten rodzaj ekranowej pewności, którego nie da się podrobić. Widać, że wszyscy wykonują swoją pracę porządnie. Tylko że porządność w kinie kostiumowym bywa czasem najgrzeczniejszą formą nudy.
Największy kłopot mam z tym, że Zakochana Jane chce być hołdem dla Austen, a wychodzi z tego coś na kształt wygładzonej kopii.
Jest ironia, ale mniej dotkliwa.
Jest romantyczne napięcie, ale bardziej zaprojektowane niż przeżyte.
Jest opowieść o kobiecie, która nie godzi się na świat urządzony przez mężczyzn, ale podana tak, jakby bała się naprawdę ubrudzić ręce.
Nawet momenty, które powinny boleć, są tu boleśnie estetyczne.
Najłatwiej byłoby powiedzieć, że to po prostu taka bezpieczna wariacja na temat „Dumy i uprzedzenia”. Tylko z nowym opakowaniem i zakończeniem, które ma dodać całości powagi. Właśnie w tym tkwi rozczarowanie. Austen była mistrzynią obserwacji, napięcia społecznego i emocji, które ukrywały się pod jednym spojrzeniem znad filiżanki. Tutaj wszystko jest trochę bardziej dopowiedziane, trochę bardziej wygładzone i przez to mniej celne.
Film o sercu, który trafia obok
Nie ogląda się tego fatalnie. Są sceny, które potrafią ucieszyć, są dialogi, które błyskają, są momenty, kiedy można pomyśleć: dobrze, teraz zaczyna oddychać. Tyle że zaraz potem film znowu wraca do bycia swoją własną, ostrożną wersją. Jakby stał w drzwiach i nie mógł się zdecydować, czy chce wejść do salonu z pewnością siebie, czy jednak zostać na korytarzu i przepraszać za zamieszanie.
Dla filmu, który tak wyraźnie celuje w sprawy serca, to jednak poważna wada. Serce nie lubi wersji demonstracyjnych. Zakochana Jane daje nam elegancką imitację emocji, ale rzadko naprawdę dotyka. Zostawia po sobie nie zachwyt, nawet nie złość, tylko lekkie westchnienie. Takie, które pojawia się zwykle wtedy, gdy coś miało być dużo lepsze, niż ostatecznie było.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz