Czytam właśnie książkę Elizabeth Gilbert „Jedz, módl się i kochaj” i korzystam z ciepła jesiennego urlopowania. Chociaż książka jest zupełnie nie o zakupach, to właśnie podczas jej czytania zaczęłam się zastanawiać, jak kupujemy.
Niedawno (właściwie w zeszłym miesiącu, jak ten czas szybko leci) pisałam na blogu o portalu Taniey i o rzeczach z outletu. O tym, że nie wszystko musimy kupować z najnowszej kolekcji, prosto ze sklepowej półki i koniecznie jako pierwsi właściciele. Ta myśl teraz do mnie powróciła z nowy.
W części książki o Indiach jedna z myśli przewodnich dotyczy umiaru. Tego, żeby nie pochłaniać zbyt wiele i zbyt szybko, ale zostawić sobie przestrzeń na doświadczenie tego, co już mamy. Gilbert odnosi tę zasadę przede wszystkim do jedzenia i naszego ciała, ale podczas czytania pomyślałam, że właściwie dokładnie to samo robimy dzisiaj z przedmiotami.
Połykamy rzeczy...
Kupujemy za dużo, za szybko i właściwie nie zdążymy nacieszyć się jedną rzeczą, a pojawi się kolejna rzecz jakiej pragniemy. Nowa kolekcja. Nowy model. Nowy kolor. Nowa wersja urządzenia, które mniej niż roku temu było reklamowane jako najlepsze na rynku.
Konsumpcję nam wciskają reklamy ale może warto czasem trochę spowolnić?
Nie, moim celem nie jest ascetyczne życie i wyrzucenie połowy zawartości mieszkania. Chociaż czytanie historii o porzuceniu dotychczasowego życia i wyjeździe do 3 różnych krajów z niewielką ilością rzeczy rzeczywiście daje do myślenia. Bardziej zainteresowało mnie inne pytanie:
Dlaczego tak bardzo zależy nam na tym, żeby rzeczy były nowe?
Nie dobre. Nie trwałe. Nie funkcjonalne.
Nowe.
Lodówka przecież nie wie, że wyszedł nowszy model, a jednak sklepy co parę miesięcy mają cały asortyment AGD nowy.
Ta myśl wróciła do mnie ostatnio przy wyposażaniu domu.
Potrzebuję lodówki. Mogę więc wejść do salonu AGD i kupić jeden z aktualnie promowanych modeli. Mogę też znaleźć w outlecie urządzenie, które jeszcze pół roku temu było jednym z popularniejszych modeli, ale producent zdążył już wypuścić następcę.
Czy ta pierwsza lodówka staje się mniej atrakcyjna?
Tylko właściwie dlaczego?
Czy gorzej chłodzi, ponieważ producent zaprezentował nowy katalog? Czy jej zamrażarka dowiedziała się, że nie jest już najnowsza? Czy pół roku temu była świetnym urządzeniem, a dzisiaj stała się przestarzała tylko dlatego, że pojawił się model z inną cyfrą na końcu nazwy?
Jeżeli odpowiada mi jej funkcjonalność, parametry i zużycie energii, a do tego dostaję normalną gwarancję, naprawdę trudno znaleźć mi powód, dla którego miałabym dopłacać tylko za metkę „najnowszy model”.
Tak samo patrzę na zmywarkę. Mikrofalówkę. Patelnię. Lampę.
A ostatnio nawet na farbę do ścian.
Końcówka kolekcji wcale nie musi oznaczać trzech puszek farby
Kiedy słyszymy „outlet” albo „końcówka kolekcji”, łatwo wyobrazić sobie smutny regał, na którym zostały trzy przypadkowe produkty, dwa dziwne kolory i jedna rzecz z uszkodzonym opakowaniem.
Tymczasem końcówka kolekcji może oznaczać coś zupełnie innego.
Producent wycofuje całą serię.
Nagle mamy litry farby, kilometry tapety, całe kolekcje naczyń, patelni, płytek, lamp czy innych rzeczy codziennego użytku, które jeszcze chwilę wcześniej były zupełnie normalnym towarem.
Nie stało się z nimi nic.
Po prostu rynek potrzebuje miejsca na coś nowego.
I chyba właśnie tutaj najlepiej widać skalę naszego konsumpcjonizmu. Zmiany następują tak szybko, że przestaliśmy je w ogóle zauważać. Przyzwyczailiśmy się, że co sezon musi pojawić się kolejna kolekcja, kolejna seria, kolejny odcień i kolejny model.
Nie dlatego, że poprzedni przestał działać.
Dlatego, że trzeba sprzedać następny.
Moje płytki zestarzały się w rok
Najbardziej absurdalnie zobaczyłam to podczas wybierania płytek do łazienki.
Nie szukałam ręcznie malowanej ceramiki ani najbardziej designerskich płytek sezonu. Chciałam zwykłe, proste, białe płytki.
W salonie oglądałam takie kosztujące około 130 zł za metr kwadratowy.
Potem pojechałam do outletu.
Znalazłam tam niemal identyczne białe ceramiczne płytki za około 35 zł za metr. Powód tej ogromnej różnicy nie był szczególnie dramatyczny.
Były z kolekcji z poprzedniego roku.
I zaczęłam się zastanawiać: w jaki sposób biała ceramiczna płytka może zestarzeć się w ciągu dwunastu miesięcy?
Czy biel z zeszłego roku jest już niemodna?
Czy ściana będzie wiedziała?
To właśnie takie momenty sprawiają, że zaczynam inaczej patrzeć na słowo „outlet”. Nie jak na miejsce, w którym poluję na przecenę, ale jak na pewnego rodzaju zaplecze naszego konsumpcjonizmu. Miejsce, w którym można zobaczyć, ile zupełnie dobrych rzeczy rynek zdążył uznać za stare tylko dlatego, że trzeba zrobić przestrzeń dla nowych.
Re-commerce jest dla mnie ciekawszy niż kolejna promocja
Podobnie myślę o rzeczach używanych.
Coraz bardziej podoba mi się sama idea re-commerce – ponownego wprowadzania przedmiotów do obiegu.
Ktoś czegoś już nie potrzebuje. Ja tego potrzebuję. Przedmiot zmienia właściciela zamiast stać się odpadem, a ja nie muszę finansować produkcji kolejnej identycznej rzeczy.
Oczywiście nie wszystko chcę kupować używane i nie w każdej kategorii będzie to miało sens. Ale coraz częściej przed zakupem nowej rzeczy pojawia mi się w głowie proste pytanie:
czy naprawdę potrzebuję nowej, czy po prostu potrzebuję tej rzeczy?
Szczerze jeśli potrzebuję stołu, potrzebuję stołu. Nie stołu z kolekcji jesień~zima.
Jeżeli potrzebuję książki, chcę przeczytać jej treść. Fakt, że ktoś przeczytał ją przede mną, niespecjalnie zmienia cokolwiek zmienia.
Jeśli potrzebuję białych płytek do łazienki, potrzebuję białych płytek, a nie kolacji 2026.
Oszczędzanie jest skutkiem ubocznym świadomej decyzji.

Dlatego ja często kupuję w limpeksach i outletach. To naprawdę generuje spore oszczędności.
OdpowiedzUsuń