Ród smoka sezon 1 - moja recenzja

Nie sądziłam, że po rozczarowaniu finałowym sezonem Gry o tron jeszcze raz dam szansę Westeros. Miałam obawy, że Ród smoka będzie odgrzewaniem kotleta: wykorzystaniem marki i historii, które już widzieliśmy, tylko w nowym opakowaniu. Po pierwszych odcinkach miałam mieszane uczucia. Czy warto było wracać?

Ród smoka sezon 1 - kadr promocyjny serialu

Pierwsze wrażenie

Pierwsze trzy odcinki były słabe. Tempo wydawało się powolne, a historia bardziej męcząca niż wciągająca. Dialogi, które miały chyba budować napięcie i głębię, przypominały mi momentami polskie kino: wymuszone, przegadane i puste. Historia zapowiadana jako wielka saga politycznych intryg, zdrad i smoczego ognia była zwyczajnie nudna.

Jeśli ktoś spodziewał się House of Cards w Westeros, to się przeliczył. Brakowało mi intensywności, która przykuwała do ekranu w pierwszych sezonach Gry o tron. Smoki, choć technicznie imponujące, były bardziej tłem niż faktycznym elementem fabuły.

Czułam też, że postacie nie mają jeszcze tej wyrazistości, która sprawia, że komuś kibicujesz albo kogoś szczerze nie znosisz. Nawet relacja między Rhaenyrą a Alicent - przecież jeden z najważniejszych wątków sezonu - wydawała się zbyt powierzchowna. Ich decyzje nie zawsze były sensowne i nie dawały poczucia naturalnej ewolucji postaci.

Rhaenyra Targaryen w serialu Ród smoka

Na szczęście od czwartego odcinka dostajemy zmianę. Akcja nabiera tempa, a relacje między bohaterami zaczynają się komplikować. Konflikt między Rhaenyrą a Alicent, które z przyjaciółek stały się rywalkami, wreszcie zaczyna być sercem tej historii. Ich relacja przestaje być typowym sporem o władzę, a zaczyna opowieścią o lojalności, zdradzie i konsekwencjach decyzji podejmowanych w imię rodziny lub ambicji.

Rhaenyra i Alicent w serialu Ród smoka

To właśnie skupienie na relacjach międzyludzkich uratowało ten serial w moich oczach. W przeciwieństwie do Gry o tron, którą kochaliśmy za intrygi rozciągające się na całą mapę Westeros, tutaj fabuła jest bardziej kameralna. Śledzimy jedną rodzinę, która powoli wyniszcza się od środka. Przez to historia jest bardziej osobista, choć mniej epicka.

Historia Targaryenów

Największą zaletą Rodu smoka jest sposób, w jaki serial opowiada historię Targaryenów. Ta bardziej kameralna atmosfera działa, bo polityczne rozgrywki są pokazane głównie w obrębie jednego dworu. To Westeros widziane przez pryzmat jednej rodziny: jej walki o wpływy, ambicji, oczekiwań i błędów.

Scena z piątego odcinka serialu Ród smoka

Rhaenyra i Alicent są sercem tej opowieści. Ich relacja, od przyjaźni po rywalizację, naprawdę zmienia sposób patrzenia na serial. Emma D'Arcy w roli dorosłej Rhaenyry wypada bardzo dobrze, choć czasem miałam wrażenie, że serial mógłby mocniej pokazać jej emocje i motywacje. Alicent, grana przez Olivię Cooke, z jednej strony budzi współczucie, z drugiej irytuje swoimi decyzjami. A to już dużo, bo trzeba mieć jakieś odczucia podczas oglądania.

Młoda Rhaenyra, czyli Milly Alcock, świetnie odegrała poważną, ale jednak nastoletnią księżniczkę: z jej zachciankami, humorami i impulsywnymi decyzjami. Do tego Rhaenys Targaryen Velaryon, grana przez Eve Best, czyli Queen Who Never Was. Jej wątek jest świetny: niesprawiedliwość, lojalność wobec rodziny, honor i wierność własnym wartościom. W tym wszystkim te postacie wydają się prawdziwe.

Rhaenys Targaryen Velaryon w serialu Ród smoka

Na pewno warto wspomnieć o Daemonie Targaryenie, bo dla mnie Matt Smith to jeden z najjaśniejszych punktów Rodu smoka. Jego Daemon jest magnetyczny, nieprzewidywalny i skomplikowany. Raz zachowuje się jak brutalny, okrutny wojownik, a innym razem pokazuje bardziej ludzką, prawie czułą stronę. Nie da się go jednoznacznie ocenić. Balansuje między bohaterem a łotrem, taki klasyczny chaotic neutral. I może właśnie dlatego jest tak fascynujący. Każda scena z nim przyciąga uwagę, nawet jeśli czasem jego działania są przesadzone.

Daemon Targaryen grany przez Matta Smitha w serialu Ród smoka

Z drugiej strony Paddy Considine jako Viserys Targaryen to przykład roli, która może nie wzbudza zachwytu od pierwszej sceny, ale w pewnym momencie uświadamiasz sobie, jak wiele dodała do całej historii. Jego Viserys jest królem, który nigdy nie chciał naprawdę rządzić. Chce spokoju, rodziny i tego, żeby wszyscy wokół niego byli szczęśliwi. Tylko że Westeros to miejsce, gdzie taki sposób myślenia oznacza katastrofę.

Dla mnie jego ostatnie sceny były jednym z najmocniejszych punktów sezonu: pełne przygnębienia i poczucia, że ten świat zmierza w kierunku, którego nie da się już powstrzymać. Być może dlatego to właśnie jego postać tak mocno rezonowała z widzami.

Postacie drugoplanowe też tworzą swoje niezależne historie. Często zostawiają niedosyt, ale akurat ten niedosyt wydaje się przemyślany.

Polecam też Juno, jeśli lubicie filmy z wielowymiarowymi postaciami

Viserys Targaryen grany przez Paddy'ego Considine'a w serialu Ród smoka

Produkcja i technikalia

Trzeba przyznać, że Ród smoka ma w sobie sporo wizualnego rozmachu. Smoki wyglądają świetnie, kostiumy są dopracowane, a scenografie, zwłaszcza Królewska Przystań i Smocza Skała, robią wrażenie. Mam jednak problem z CGI. Niektóre lokacje, jak słynna grobla Smoczej Skały, wyglądają mniej naturalnie niż w Grze o tron, gdzie więcej scen kręcono w rzeczywistych miejscach. Tutaj czasem zbyt mocno widać komputerowe efekty.

A te ciemne sceny? Czy naprawdę ktoś w HBO uważa, że widzowie uwielbiają oglądać zarysy postaci w mroku? Momentami musiałam rozjaśnić cały telewizor, żeby w ogóle zrozumieć, co dzieje się na ekranie. HBO też tego nie ułatwia, bo kompresja czerni potrafi zrobić swoje. Strzał w kolano.

Ród smoka ma sporo zalet, ale ma też konkretne wady. Wiele scen działa, ale są to raczej momenty niż równe prowadzenie całego sezonu. Rozstrzał między wciąganiem a nudzeniem jest ogromny. Najbardziej widać to przy przeskokach czasowych. Rozumiem, że historia obejmuje lata, a nawet dekady, ale sposób realizacji bywa chaotyczny. Kilkukrotnie miałam wrażenie, że pewne wątki i relacje tracą głębię, bo serial nie daje im wystarczająco dużo czasu.

Kolejna sprawa: decyzje fabularne są momentami dziwne. Scena z Rhaenys i jej smoczycą przebijającą się przez podłogę wyglądała spektakularnie, ale kompletnie nie miała sensu. Oglądając takie momenty, miałam wrażenie, że twórcy bardziej liczą na efektowny kadr niż na logikę wydarzeń.

W Grze o tron, przynajmniej w najlepszych sezonach, nawet najbardziej szokujące momenty były mocno osadzone w historii. Tutaj Rhaenys wyskakuje na smoku podczas koronacji, mogłaby zakończyć konflikt, ale zamiast tego straszy wszystkich i odlatuje. Po tym, jak ją uwięziono i zaplanowano zamach stanu. Ma sens, prawda?

Czy warto wrócić do Westeros?

Pomimo wszystkich zastrzeżeń uważam, że warto dać Rodowi smoka szansę. To nie jest druga Gra o tron - ani pod względem skali, ani emocji. Ma jednak własny styl i historię, która jest bardziej kameralna, rodzinna i momentami naprawdę tragiczna.

To nie epicka wojna wszystkich przeciwko wszystkim, ale saga jednej rodziny, która sama przygotowuje sobie katastrofę. Najlepsze, mam nadzieję, dopiero nadchodzi. Właśnie dlatego będę czekać na drugi sezon (drugi sezon Rodu Smoka już jest!). Nawet jeśli nie wszystko w Rodzie smoka mi się podobało, nadal chcę zobaczyć, jak ta historia się rozwinie.

1 komentarz :

  1. Anonimowy12/08/2024

    Mi się Ród Smoka podobał i w sumie wciągnął od razu. Młodsze wersje Rhaenyry i Alicent były przynajmniej sympatyczne. Częściowo wynika to z tego, że mogliśmy zobaczyć je jako dzieci szczęśliwe i korzystające z życia, podczas gdy starsze są już w konfliktach politycznych, przytłoczone ciężarem sytuacji

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz