Nie tęskniłam za nim. Tęskniłam za wersją życia, która nigdy nie powstała

Koniec relacji i żałoba po przyszłości, która nigdy się nie wydarzyła

Czasem człowiek nie płacze po relacji. Płacze po wyobrażeniu relacji.

I to jest znacznie bardziej perfidne, bo długo myślisz, że cierpisz z miłości. A potem siedzisz na podłodze między niedomalowaną ścianą, zaległą pracą i kubkiem zimnej kawy i nagle dociera do Ciebie bardzo niewygodna prawda:

Nie tęsknisz tylko za człowiekiem. Tęsknisz za przyszłością, której nigdy nie dostałaś.

- Za wspólnymi wakacjami, które miały kiedyś nadejść.

- Za bliskością, która miała „w końcu się poprawić”.

- Za wersją partnera, który może kiedyś pójdzie na terapię, otworzy się emocjonalnie, zaczniecie wychodzić z domu, przestanie uciekać od bliskości i nagle stanie się człowiekiem, którego potrzebowałaś kilka lat temu. Widzisz wspólną starość i karmienie gołębi w parku.

Problem polega na tym, że związek nie zadziała na potencjale. Nie możesz budować domu, przyszłej rodziny na zdaniu: „może kiedyś będzie inaczej”.

Ja próbowałam bardzo długo.

Byłam w relacji, w której nauczyłam się funkcjonować na emocjonalnych okruszkach. Ktoś był obok fizycznie, ale często mentalnie praktycznie mieszkał gdzieś indziej, a ja byłam sama. Po części się poddałam, wychodziłam do świata, robiłam rzeczy, poznawałam ludzi. Żyłam. Potem wracałam. A w międzyczasie relacjonowałam swoje życie przez wiadomości, jak dziennikarka robiąc reportaż, poboczną historię do własnego związku.

Brzmi absurdalnie?

Trochę było.

A jeszcze bardziej absurdalne jest to, jak bardzo człowiek potrafi się do tego przyzwyczaić. Zaczynasz obniżać standardy w sposób, którego nawet nie zauważasz.

„Nie lubi wychodzić z domu? Dobrze, nie będziemy wychodzić.”

„Nie lubi całowania, trzymania za rękę? Dobrze, poradzę sobie bez tego na codzień”

„Nie chce być blisko mojej rodziny? Dobrze, jakoś to pogodzę. Przecież wiem, jacy oni są.”

I tak krok po kroku negocjujesz własne potrzeby aż zostajesz wydmuszką.

Najgorszy moment przychodzi później. Myślisz, że mówię o rozstaniu? Wcale nie.

Kiedy ten człowiek zaczyna się zmieniać już po rozstaniu.

Nagle słyszysz o zmianach. Nowych planach. Zdrowych rutynach. Podróżach.

Nagle słyszysz o terapii.

Wszystkim, o co go błagałaś. I myślisz: naprawdę? Teraz?

I właśnie wtedy bardzo łatwo zrobić sobie emocjonalne świństwo i uznać, że byłaś niewystarczająca, skoro zmiana przyszła dopiero później.

Nie.

Trzymanie się za ręce jako symbol bliskości i spokoju

Czasem ludzie zmieniają się dopiero wtedy, kiedy konsekwencje stają się realne. Kiedy coś lub kogoś tracą. Kiedy nie mają już miękkiego lądowania w postaci osoby, która wszystko rozumie i wszystko wybacza, na wszystko znajdzie wytłumaczenie w imię miłości.

Chociaż nie jest to romantyczne, jest bardzo ludzkie i czasem bardzo spóźnione.

Miłość nie zawsze oznacza powrót

To była dla mnie najtrudniejsza lekcja.

Możesz nadal kogoś kochać i jednocześnie wiedzieć, że powrót byłby katastrofą.

Możesz patrzeć na tę osobę z czułością i jednocześnie wiedzieć, że nie możesz już oddać jej swojego życia.

Możesz pragnąć dla drugiej osoby najlepszej możliwej przyszłości i jednocześnie wiedzieć, że jest to przyszłość bez Ciebie.

Miłość bez bezpieczeństwa emocjonalnego potrafi człowieka zniszczyć bardzo skutecznie.

Miłość nie może uzasadnić tego, że ktoś opuszcza Cię emocjonalnie.

Spokój początkowo wydaje się nudny

Wydarzyło się coś bardzo dziwnego. Moje ciało przestało być w trybie alarmowym.

Mogę się przytulić.

Mogę płakać.

Mogę mówić o emocjach bez strachu, że ktoś zamknie się jak sejf.

Ktoś realnie chce budować przyszłość. Mówi o wspólnych planach, wspólnym czasie, wspólnych aktywnościach, rodzinie. Wspólnym życiu.

Co jest najdziwniejsze?

Na początku stabilność wydaje się podejrzana, kiedy wcześniej kojarzyłaś miłość z dostępem emocjonalnym tylko warunkowanym, wielkimi gestami albo karaniem ciszą, warczeniem i złym nastrojem.

Jednak dotyk dłoni na spacerze uspokaja, wejście do przypadkowej kawiarni może być idealną randką. Leżenie na trawie w parku może być miłym popołudniem.

Układ nerwowy myli spokój z nudą. Brak dramatu wydaje się „mniejszą chemią”.

A to często po prostu bezpieczeństwo, zaspokojone potrzeby emocjonalne i  czas, kiedy jesteś traktowana dobrze.

Dlaczego nadal płakałam?

Bo żałoba po relacji nie działa według kalendarza.

Nie obchodzi jej, że minęły tygodnie, miesiące.

Nie obchodzi jej, że „powinnaś już iść dalej”.

Nie obchodzi jej nawet to, że obok masz dobre, a czasem nawet lepsze życie.

Czasem organizm dopiero po czasie orientuje się, jak długo żył w napięciu.

I wtedy puszcza.

Łzami.

Bezsennością.

Zmęczeniem.

Nagłym smutkiem w środku zwykłego poniedziałku i myślą, że tak bardzo go kochałaś i nie wiesz, czy da się ponownie żyć bez niego.

„Mogę tęsknić za kimś i nadal nie chcieć wracać do życia, które sprawiało, że było mnie mniej we mnie.”

To zdanie uratowało mnie kilka razy. Czy można wrócić do życia, gdzie Twoje potrzeby nie były spełnione? Gdzie dzieliliście wielkie wartości, ale nie byliście kompatybilni w codzienności? Gdzie hamowanie swojej osobowości stało się domyślnym zachowaniem, by nie drażnić drugiej osoby? Gdzie lęk przed reakcją był główną siłą sterującą dynamiką relacji?

Bo prawda jest taka, że nie każda wielka i prawdziwa miłość jest dobrą miłością.

Nie każda historia powinna dostać sequel.

Czasem największą formą miłości jest pozwolić komuś stać się lepszym człowiekiem... już bez Ciebie.

I wybrać siebie bez poczucia winy.

Wydaje mi się, że ból mnie pali, ale racjonalnie wiem też, że nie tęsknię już za relacją.

Tęsknię czasem za wersją historii, która nigdy się nie wydarzyła. 

A to ogromna różnica.

Jedna prowadzi do przeszłości.

Druga pozwala w końcu ją opłakać.

I iść dalej. Tym razem naprawdę. W stronę życia, w którym nie trzeba zasługiwać na miłość przez cierpliwość.

Miłość albo daje Ci spokój.
Albo daje materiał na terapię.

I dobrze nauczyć się odróżniać jedno od drugiego.

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz