„Mesyna była kiedyś Zancle”. Przeczytałam to zdanie i od razu się zatrzymałam. Grecy nazwali miasto tak przez port przypominający sierp. Spokojna zatoka kontra wzburzona cieśnina. Taki detal robi więcej niż trzy strony dat.
Sycylia. Smak południa Karoliny Wiszniewskiej czytałam jak notatnik osoby, która umie patrzeć. Nie jak przewodnik z ambicją odhaczenia wyspy od góry do dołu. Autorka, znana też jako @italia_e_cucina, wybiera konkret: jedzenie, miasto o poranku, lokalną anegdotę, legendę i drogę, która nagle przestaje być zwykłą drogą.
Jedna recenzja to za mało? Na moim drugim blogu pojawił się też osobny tekst o tej książce: recenzja Sycylia Smak południa. Tutaj zostaję przy tym, co najmocniej wgryzło mi się w pamięć.
Najpierw widzisz Noto, potem słyszysz miasto za fasadą
Noto łatwo byłoby opisać przez barok i złote światło. W tej książce rano ma jednak więcej warstw. Autorka dociera tam na śniadanie. Po lewej są wzgórza. Po prawej stoją domy w kolorze miodu. Słońce odbija się od miasta tak mocno, jakby ktoś podkręcił nasycenie świata.
Pojawia się Corso Vittorio Emanuele. Pojawiają się fasady, które aż proszą się o zdjęcie. Wiszniewska nie zatrzymuje się jednak przy pocztówce. Wsuwa czytelnika kawałek dalej, w boczne uliczki.
Tam dzieje się prawdziwe Noto:
- skutery stoją tam, gdzie akurat komuś było wygodnie,
- dzieci biegają po kościelnych schodach,
- kobiety rozwieszają pranie,
- ktoś gotuje obiad,
- ktoś pije kawę z sąsiadką,
- ktoś rozmawia przez okno.
Mmiasto nie zostaje zamrożone pod turystę. Barok, świadek wojen i zmian, stoi obok firanek, garnków i rozmów. Takie zestawienie jest dużo ciekawsze niż kolejny zachwyt nad fasadą.
Właśnie za takie obserwacje lubię tę książkę najbardziej. Autorka nie czyści miejsca z codzienności. Nie udaje, że piękno potrzebuje ciszy i pustych ulic. Pozwala, żeby obok architektury został bałagan życia.
Jedzenie nie robi za ozdobnik
Najlepsze kulinarne fragmenty nie brzmią jak lista lokali z Google Maps. Jedzenie pojawia się w sytuacji, w rozmowie, w przypadkowym wejściu do baru. Tak jest w Savoce, niedaleko kościoła San Michele.
Autorka wchodzi tylko po wodę gazowaną. Właściciel pokazuje jej arancini, które właśnie wyszły z kuchni. Malutkie, ręcznie lepione, z mięsem i groszkiem, w chrupiącej panierce. Żadnej wielkiej sceny. Żadnego turystycznego przedstawienia. Ktoś po prostu zrobił obiad.
Podobnie działa pasta alla Norma w wersji z Savoki. Niby wiadomo, czego się spodziewać: bakłażan, ricotta salata, bazylia, pomidory. Potem pojawia się kilka kropli miodu cytrynowego. Mały ruch, a sos nagle łapie równowagę.
Lubię takie detale, bo trudno je wymyślić zza biurka. Trzeba usiąść, zamówić, zapytać albo posłuchać. Trzeba dać komuś powiedzieć, dlaczego robi coś inaczej.
Timballo di Noto pokazuje jeszcze inną rzecz. Słona przekąska prowadzi do dawnych rodzin arystokratycznych i francuskich wpływów. Kuchnia nie stoi obok historii. Ona tę historię niesie, tylko bez szkolnego dzwonka nad głową.
Jest też arancino kontra arancina. W Katanii i na wschodzie mówi się arancino. W Palermo mówi się arancina. Dla kogoś z zewnątrz brzmi to jak drobnostka. Na Sycylii taka końcówka potrafi nosić w sobie lokalną dumę, upór i kawałek tożsamości.
Sycylia ma tutaj pamięć pod stopami
Sentiero dei Saraceni mogłoby zostać zwykłą trasą między Castelmolą a Taorminą. Widok, kamienie, ścieżka, kilka zdjęć. Wiszniewska dopisuje do tego kontekst Saracenów i wpływów z północy Afryki. Spacer natychmiast zmienia ciężar.
Nagle nie idziesz tylko z punktu A do punktu B. Idziesz po miejscu, przez które przechodziły ludy, języki, religie i interesy. Droga nie potrzebuje tablicy z wielkim napisem „historia”. Wystarczy dobrze opowiedziany trop.
Podobnie działa Mesyna. Nazwa Zancle zostaje w głowie, bo łączy geometrię portu z greckim spojrzeniem. Do tego dochodzi Orion, syn Posejdona, który według legendy miał wyciąć miejsce na port z górskiego pasma. Dziś Fontanna Oriona stoi na Piazza del Duomo i robi z mitu coś bardzo fizycznego.
Można sobie wyobrazić ten spacer: katedra, wieża zegarowa, port, Fontana di Orione, Teatro Vittorio Emanuele, Galleria Vittorio Emanuele. Książka nie zamienia tego w tabelkę. Daje raczej szkic miasta, który chciałabym sprawdzić własnymi nogami.
Erice nie pasuje do jednej wersji Sycylii
Erice zapamiętałam szczególnie mocno. Leży około 751 metrów nad poziomem morza i nie zachowuje się jak stereotypowe miasteczko z południa Włoch. Potrafi przypominać Szkocję. Ten obraz od razu wybija czytelnika z leniwego myślenia o Sycylii.
Są tam Fenicjanie, Kartagińczycy i Rzymianie. Jest znaczenie strategiczne i sakralne. Jest Castello di Venere, stojące na skałach Monte Erice. Zamek nie działa jak ładny punkt widokowy do szybkiego zdjęcia. Bardziej przypomina przekrój przez kilka epok naraz.
Trapani też nie ginie w tle. Targ rybny, Mura di Tramontana, Torre di Ligny, Porta Oscura z zegarem astronomicznym i Katedra San Lorenzo tworzą miasto mniej oczywiste niż trasy powtarzane w każdym poradniku.
Ten wybór miejsc ma sens. Książka nie wciska Sycylii w jeden kolor. Raz jest miodowe Noto. Raz portowa Mesyna. Raz szorstkie Trapani. Raz wysokie, chłodniejsze Erice, które patrzy na wyspę z góry.
Dla kogo jest Sycylia Smak południa
Jeśli ktoś chce gotowej rozpiski dzień po dniu, może się rozminąć z tą książką. Karolina Wiszniewska nie podaje Sycylii jak harmonogramu wycieczki. Bardziej układa ją z obserwacji, smaków i lokalnych pęknięć.
Najmocniej trafi do osób, które lubią podróżować przez szczegóły. Przez nazwę miasta. Przez różnicę w sosie. Przez legendę przy fontannie. Przez bar, w którym kieliszek wina pod symbolami ma zapewnić szczęście na cały rok.
Po lekturze nie miałam ochoty przewijać kolejnych zdjęć Sycylii. Chciałam zaznaczyć na mapie Noto, Savokę, Mesynę, Trapani i Erice. Potem znaleźć bilet. Potem wejść gdzieś tylko po wodę i sprawdzić, czy z kuchni właśnie nie wyszło coś lepszego niż cały plan dnia.
Brak komentarzy :
Prześlij komentarz