Nietykalni - film, który musisz obejrzeć, by docenić życie

Ponownie obejrzałam francuski film Nietykalni (2011) i dziwię się, że jeszcze o nim nie pisałam na blogu. Pierwszy raz oglądałam jakoś po premierze, ale dopiero teraz dowiedziałam się (albo jakoś do mojej głowy dotarło), że to historia inspirowana faktami! Oczywiście z drobnymi zmianami - tak  zatrudniony do pomocy był Algierczyk, wyszedł z więzienia i pomagał niepełnosprawnemu milionerowi, a ich relacja z pracownik–pracodawca zmieniła się w przyjaźń. I to właśnie ta historia stała się punktem wyjścia dla „Nietykalnych”.

Nietykalni scena opieki i relacji między bohaterami

Od początku „ Nietykalnych” ogląda się przyjemnie. Dwa różne światopoglądy, dwa podejścia do życia, dwa zupełnie inne tempo codzienności. To co daje nam ciepło na serduszku, to fakt, że zamiast zgrzytu mamy coś, co zaczyna się układać i łączy historię 2 tak odmiennych mężczyzn w jedną, wspólną lekcję z życia, ale bez taniego morału.

Historia z życia wzięta

Fabuła jest prosta i oparta na kontraście. Philippe, grany przez François Cluzeta, to miliarder sparaliżowany od pasa w dół po wypadku na paralotni. Otacza się opiekunami, którzy są poprawni, usłużni aż do bólu i przewidywalni w każdej reakcji. W pewnym momencie przestaje go to interesować, a zaczyna drażnić.

Wtedy pojawia się Driss (Omar Sy), chłopak z przedmieść, który trafia na rozmowę o pracę wyłącznie po podpis potrzebny do zasiłku. W tle ma świeże wyjście na warunkowe zwolnienie z więzienia, trudną, napiętą relację z matką i młodszego brata idącego w złą stronę. 

Obaj startują z zupełnie innych miejsc, ale szybko okazuje się, że każdy z nich czegoś realnie potrzebuje. Driss dostaje nie tylko podpis, ale i ofertę pracy u milionera (chociaż nie ma żadnych kwalifikacji do pracy z niepełnosprawnym Philippem).

Nietykalni Philippe i Driss wspólna scena
Relacja, która zaczyna się od przypadku, a kończy przyjaźnią

Bezpośredniość Drissa działa na Philippe’a jak reset. To jest to czego mu w życiu brakowało. Driss bywa zbyt bezpośredni, prosty, bezczelny, czasem przekracza granice, ale właśnie to rozbraja całą sytuację. Ich relacja nie jest budowana na współczuciu (Drissa "nie rusza" niepełnosprawność, on jest prostym chłopakiem), tylko na napięciu i różnicy charakterów. Sceny z fryzurami czy drobnymi prowokacjami mają lekkość, która nie próbuje nam wciskać tego taniego morału

Dobrze wypadają też momenty ucieczki od życia - nocne przejażdżki, papierosy, wybieranie samochodu jak zabawki z półki. Philippe cieszy się z rzeczy, które wcześniej były poza zasięgiem, a Driss reaguje na luksus z dziecięcą ciekawością. Najbardziej chyba wzrusza scena tańca do Earth, Wind & Fire, bo nie ma w niej kalkulacji na emocje tylko prosta radość.

Krytyka i krytycy

Film "Nietykalni" nie przeszedł bez komentarza. Chociaż ogólnie podobał się publiczności. Jednak pojawiły się zarzuty, że nie oddaje w pełni prawdziwej historii, na której się opiera, że zmienia kontekst postaci i upraszcza rzeczywistość. Część widzów miała problem z tym, że historia została przepisana pod film, a nie odtworzona jeden do jednego. Zarzucono jej poprawność polityczną - Omar Sy jest czarnoskóry, posiada afrykańskie korzenie, kontra oryginalne pochodzenie bohatera prawdziwej historii.

Były też głosy, że to kino zbyt lekkie jak na temat niepełnosprawności. Że zamiast pogłębionej analizy dostajemy humor i prostą relację. Nawet scena tańca była przez niektórych uznana za stereotypową, bo Driss, czarnoskóry bohater, bawi się przy muzyce kojarzonej z czarną kulturą.

Tylko że te zarzuty brzmią momentami jak próba wciśnięcia filmu w ramy, których on nigdy nie obiecywał. To nie jest dokument ani społeczny manifest. To historia relacji dwóch ludzi, którzy spotykają się w konkretnym momencie życia i oboje swoje życie mogą dzięki temu spotkaniu zmienić lepsze.

Moje odczucia

Krytyka sceny z tańcem jako rzekomo stereotypowej brzmi dość sztywno. Widać tu raczej prostą sytuację: jeden facet dobrze się bawi, drugi patrzy, a po chwili sam się w to wciąga. Nie każda scena musi nieść dodatkowy ciężar interpretacyjny. Czy ciężar tematyki.

Podobnie z zarzutem braku głębi. Ten film nie próbuje zmieniać świata i nie udaje, że to robi. Wypada lżej niż „Inside I’m Dancing” i to jest świadomy wybór. Historia skupia się na relacji dwóch ludzi, a nie na budowaniu wspomnianego manifestu. Jeśli ktoś szuka tu większej deklaracji, może się rozminąć z tym, co ten film faktycznie oferuje. A oferuje ciepłą historię, której czasem po prostu potrzebujemy, by wyjść z seansu w lepszym nastroju, z poczuciem sprawczości w życiu.

Urok tego filmu leży właśnie w tej prostocie. W dialogach, które brzmią naturalnie. W scenach, które nie są „pod tezę”. W tym, że śmiech pojawia się tam, gdzie zwykle byłaby cisza. I w tym, że nie wszystko trzeba tłumaczyć, żeby coś zadziałało.

Absolutnie fenomenalny film. Budzący wiele refleksji, ale jednocześnie z dużą dawką humoru. Świetnie zagrany, bez sztuczności i bez przesady. Klasyczna opowieść o przyjaźni i zderzeniu dwóch odmiennych światopoglądów. Zabawny – momentami bardzo – a jednocześnie wzruszający. Po takim filmie naprawdę chce się żyć. Prosty, a jednocześnie genialny.

1 komentarz :

  1. To coś dla mnie, chętnie obejrzę :)
    Masz rację, że często ta krytyka jest wręcz nużąca i przesadna, tak jakby każdy film miał za sobą nieść wzniosłe przesłanie i być rzetelny niczym praca naukowa. Bez przesady. Film może skłaniać do refleksji, ale liczy się tu całokształt. Świetna recenzja :)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz