Książka: Siła wrażliwości. Pokochaj swoją naturę i osiągaj cele, nie rezygnując z siebie

Zaczęłam czytać Siłę wrażliwości. Pokochaj swoją naturę i osiągaj cele nie rezygnując z siebie chwilę po tym, jak książka przyszła do mnie dzięki uprzejmości Wydawnictwa Sensus. Premiera była 19 maja, więc świeżynka wydawnicza, a ja od razu miałam poczucie, że ta książka może mnie albo bardzo zirytować, albo bardzo złapać za rękę.

Książka Siła wrażliwości Małgorzaty Trzaskowskiej na jasnej pościeli z różowymi kwiatami, okularami i łańcuszkiem
Siła wrażliwości Małgorzaty Trzaskowskiej - książka o ambicji, czułości i działaniu bez rezygnowania z siebie.

Temat wrażliwości jest dla mnie osobisty, bo sama jestem kobietą, która na pewno opisałaby się jako wrażliwa i jednocześnie nastawiona na sukces zawodowy. Taką, która analizuje za długo, za mocno bierze do siebie cudzy ton, potrafi po jednym zdaniu odtwarzać w głowie całą rozmowę jak niepotrzebny serial z dziesięcioma sezonami. Brzmi męcząco? Bo bywa męczące.

Dlatego miałam wobec tej książki lekką ostrożność. Poradniki o wrażliwości łatwo wpadają w dwa rowy. Albo robią z wrażliwej osoby porcelanową filiżankę, którą trzeba otulić kocykiem i postawić z dala od życia. Albo wciskają motywacyjne hasła o tym, że wrażliwość jest supermocą, a potem zostawiają człowieka bez narzędzi, za to z ładnym cytatem do zakładki.

Małgorzata Trzaskowska idzie bardziej praktyczną drogą. Pisze o wrażliwości nie jak o ozdobie osobowości, tylko jak o realnym sposobie odbierania świata. Z plusami, ale też z kosztami, których nie da się przykryć uśmiechem i zdaniem, że wystarczy zmienić nastawienie.

Czy wrażliwość przeszkadza w sukcesie?

Najciekawsze w tej książce jest dla mnie założenie, że wrażliwość i ambicja mogą istnieć obok siebie. Nie trzeba wybierać między byciem miękką a byciem skuteczną. Nie trzeba też udawać osoby, po której wszystko spływa, bo ktoś kiedyś wymyślił, że profesjonalizm ma twarz niewzruszonej kobiety w marynarce.

Autorka pisze do kobiet, które chcą działać, rozwijać się, prowadzić biznes, robić karierę, zarabiać, wychodzić z pomysłami do ludzi, ale nie chcą przy tym zamieniać się w kogoś obcego. Dla mnie to ważne, bo kultura sukcesu często wygląda jak konkurs na to, kto dłużej wytrzyma bez snu, odpoczynku i przyznania, że coś go zabolało.

Kultura sukcesu często wygląda jak konkurs na to, kto dłużej wytrzyma bez snu, odpoczynku i przyznania, że coś go zabolało.

W książce sukces nie jest pokazany jako puchar do udowodnienia światu, że jednak się nadajesz. Bardziej jako rzecz, która musi mieć sens dla Ciebie. Brzmi prosto, ale w praktyce wiele osób przez lata goni za celami, które wyglądają dobrze głównie z zewnątrz.

O tym, że czasem człowiek próbuje się znieczulić

Najbardziej zatrzymał mnie fragment, w którym autorka pisze o swoich dawnych próbach bycia twardszą. Nie o lekkim dyskomforcie, nie o zwykłym przejmowaniu się, ale o całym projekcie życiowym pod tytułem: muszę wreszcie przestać tyle czuć.

Żeby przestać tyle czuć.

Ten cytat jest krótki, ale dla mnie lepszy niż wszystkie ładne zdania o supermocy. Bo wrażliwość często nie zaczyna się od dumnego stwierdzenia: taka jestem i to moja siła. Częściej zaczyna się od zmęczenia sobą. Od myśli, że byłoby łatwiej, gdyby człowiek mniej przeżywał, mniej analizował, mniej reagował ciałem na cudze słowa.

W tym sensie książka nie próbuje sprzedać wrażliwości jako modnej etykietki. Bardziej pokazuje, jak dużo energii kosztuje ciągłe udawanie, że nic nas nie rusza. A ja ten koszt znam aż za dobrze.

Porażka, po której nie trzeba od razu wstać i poprawić koronę

Bardzo mocny jest początek, w którym autorka pisze o własnej porażce biznesowej. O kilku dniach pod kocem, płakaniu, gapieniu się w sufit i przeżywaniu żałoby po nieudanym przedsięwzięciu. Ten fragment jest dużo lepszy niż wszystkie motywacyjne zdania o tym, że porażka to lekcja.

Bo jasne, porażka może być lekcją. Ale zanim stanie się lekcją, często jest upokorzeniem, wstydem, bólem brzucha, bezsennością, poczuciem, że może jednak nie trzeba było próbować. Wrażliwa osoba nie zawsze przechodzi nad tym do porządku dziennego po jednym spacerze i matchy z mlekiem owsianym.

W książce podoba mi się podejście do emocjonalnej apteczki. Autorka nie każe od razu wracać na ring. Najpierw jest miejsce na uznanie emocji, regenerację, bezpieczną przestrzeń i sprawdzenie, czy po porażce nie dokładamy sobie drugim ciosem w postaci samokrytyki.

Dla mnie to jeden z najbardziej potrzebnych wątków. Nie każda osoba potrzebuje po porażce przemowy w stylu: popraw koronę i idź dalej. Niektóre osoby potrzebują najpierw przestać traktować siebie jak projekt, który znowu nie dowiózł.

Krytyka nie zawsze zasługuje na wdzięczność

Dużo zaznaczyłam sobie przy rozdziale o krytyce. Mam alergię na podejście, że każda krytyka jest prezentem. Nie każda.

Czasem krytyka jest wartościową informacją. Czasem jest cudzym rozładowaniem napięcia. Czasem jest złośliwością przebraną za szczerość.

Czasem ktoś mówi nam coś raniącego, a potem dorzuca, że przecież chciał dobrze.

Autorka rozdziela krytykę, która buduje, od tej, która niszczy albo trafia dokładnie w lęk. Dla osoby wrażliwej ta różnica ma ogromne znaczenie, bo wrażliwy umysł potrafi wziąć cudze zdanie, rozłożyć je na czynniki pierwsze, przemyśleć od każdej strony i jeszcze dopisać do niego trzy własne oskarżenia.

Książka Siła wrażliwości leżąca na jasnej pościeli
Książka wraca do krytyki, granic, porażki i odpoczynku - czyli do tematów, które wrażliwa osoba zna często aż za dobrze.

Najbardziej praktyczna jest tu myśl, że odporność na krytykę nie musi oznaczać udawania, że nic nie czujesz. Możesz czuć. Możesz przeżyć. Możesz potrzebować czasu. Ale możesz też nauczyć się sprawdzać, czy krytyka wnosi coś do Twojego życia, czy tylko robi w nim bałagan.

Granice zamiast zbroi

Jeden z najlepszych rozdziałów dotyczy granic. Podoba mi się ten kierunek, bo wiele wrażliwych osób przez lata próbuje zbudować sobie pancerz. Tylko pancerz ma jedną paskudną cechę: chroni przed bólem, ale odcina też od bliskości, radości i swobody.

Nie wyrwę z siebie swojej duszy.

Ten cytat ma dla mnie więcej siły niż zapewnienia, że wrażliwość jest darem. Wiele osób nie chce być mniej sobą. One chcą tylko przestać tak bardzo obrywać za to, kim są.

Granice są mniej efektowne niż zbroja, ale dużo zdrowsze. Granica mówi: mogę być empatyczna, ale nie muszę dźwigać wszystkich cudzych emocji. Mogę słuchać, ale nie muszę ratować. Mogę pomóc, ale nie kosztem własnego zdrowia. Mogę być miła, ale nie muszę być dostępna na każde zawołanie.

Ten fragment jest ważny szczególnie dla osób, które mylą wrażliwość z obowiązkiem bycia wygodną dla innych. Wrażliwa kobieta nie musi mieć wiecznie otwartych drzwi, telefonu, serca i kalendarza. Czułość bez granic szybko zamienia się w przemęczenie.

Nadmiar bodźców to nie fanaberia

Książka dużo miejsca poświęca też układowi nerwowemu, bodźcom, odpoczynkowi i relacji z ciałem. Bardzo dobrze, bo wrażliwość nie dzieje się tylko w głowie. Ona siedzi też w spiętych ramionach, płytkim oddechu, zmęczeniu po spotkaniach, potrzebie ciszy po intensywnym dniu i nagłym pragnieniu, żeby nikt już niczego od nas nie chciał.

Podoba mi się, że autorka nie sprowadza odpoczynku do nagrody za produktywność. Wrażliwa osoba często potrzebuje regeneracji nie dlatego, że jest leniwa, tylko dlatego, że przetwarza więcej. Dźwięki, nastroje, komunikaty, napięcia w pomieszczeniu, własne myśli, cudze oczekiwania. Po takim dniu ciało ma prawo powiedzieć: dość.

Ten wątek jest dla mnie jednym z bardziej praktycznych, bo łatwo mówić o akceptacji wrażliwości, a trudniej przełożyć ją na codzienność. Na mniej bodźców. Na czystszy kalendarz. Na odpoczynek bez poczucia winy. Na decyzję, że nie każda wiadomość wymaga odpowiedzi w tej sekundzie.

Strefa komfortu? Ok, ale bez kopania siebie po kostkach

Osobny plus daję za podejście do wychodzenia ze strefy komfortu. Ten temat bywa w rozwoju osobistym okropnie przemocowy. Wyjdź, pokaż się, działaj, nagrywaj, sprzedawaj, aplikuj, publikuj, nie przesadzaj, inni jakoś mogą. Tylko że dla jednej osoby mały krok jest ekscytujący, a dla innej ten sam krok uruchamia lęk, napięcie i trzy dni dochodzenia do siebie.

Autorka pisze o działaniu na własnych warunkach. Nie zachęca do wiecznego chowania się pod kołdrą, ale też nie udaje, że każdej osobie służy ten sam poziom presji. Dla mnie to rozsądne. Odwaga bez kontaktu z własnymi zasobami często kończy się nie rozwojem, tylko przeciążeniem.

Najbardziej lubię myśl, że wyjście ze strefy komfortu nie zawsze oznacza wielki gest. Czasem odwagą jest powiedzieć nie. Czasem poprosić o więcej czasu. Czasem nie tłumaczyć się z odpoczynku. Czasem przyznać, że ciało już nie wyrabia, nawet jeśli ambicja jeszcze próbuje robić dobrą minę.

Sukces w swoim tempie brzmi banalnie, ale wcale nie jest prosty

Rozdział o sukcesie bez presji i porównywania się do innych pewnie wielu osobom wyda się oczywisty. Tylko że większość oczywistych rzeczy robi się nagle trudna, kiedy widzisz cudze awanse, biznesy, wyjazdy, mieszkania, książki, podcasty, przemiany i idealnie przycięte kadry z życia.

Autorka przypomina, że sukces nie jest wyścigiem. Lubię ten wątek, bo wrażliwe osoby często porównują się nie tylko z osiągnięciami innych, ale też z ich odpornością. Ktoś działa szybciej, częściej się pokazuje, lepiej sprzedaje, mniej przejmuje się oceną. Łatwo wtedy uznać, że z nami jest coś nie tak.

Ta książka nie obiecuje, że przestaniesz się porównywać po jednym rozdziale. Raczej pokazuje, że porównywanie zabiera kontakt z własnym rytmem. Bez tego łatwo realizować cudzy scenariusz i dopiero po czasie zorientować się, że niby idziesz do przodu, ale coraz mniej wiesz, po co.

A kiedy cel przestaje być Twój?

Bardzo lubię fragment o zmianie celu. W poradnikach rozwojowych konsekwencja często stoi na ołtarzyku. Masz wytrwać, dokończyć, udowodnić, nie poddać się, cisnąć. Tyle że życie bywa bardziej skomplikowane niż motywacyjna grafika.

Nie każdy porzucony cel oznacza porażkę. Czasem cel był ważny dla dawnej wersji Ciebie. Czasem wyrósł z potrzeby udowodnienia komuś swojej wartości. Czasem miał sens, dopóki nie zobaczyłaś ceny, jaką trzeba za niego płacić. Czasem trzymasz się go tylko dlatego, że boisz się komentarzy ludzi.

Wątek odwagi do zmiany kierunku jest jednym z dojrzalszych elementów tej książki. Daje przyzwolenie na sprawdzenie, czy nadal chcę tego, za czym biegnę. A takie pytanie potrafi być dużo trudniejsze niż kolejny plan działania.

Co ta książka Ci da, a czego niekoniecznie?

Doceniam, że autorka jasno zaznacza, że nie jest to książka od strategii biznesowych, gotowych planów działania ani recepty na sukces w życiu zawodowym. Dla mnie to akurat plus, bo najgorsze są poradniki, które obiecują naprawę całego życia w kilku rozdziałach i tabelkach.

To nie jest książka o tym, jak się przebić.

Ten cytat dobrze ustawia oczekiwania. Siła wrażliwości nie jest instrukcją, jak wejść wyżej, szybciej i głośniej. Niekoniecznie jest o tej sile w najprostszym, motywacyjnym znaczeniu. Bardziej przypomina sprawdzenie, czy w tej drodze jeszcze jesteś sobą, czy już tylko odgrywasz osobę, która lepiej pasuje do cudzych oczekiwań.

Nie traktowałabym jej jako książki terapeutycznej ani jako instrukcji naprawy życia. Bardziej jako dobry punkt wyjścia dla kobiet, które czują, że ich wrażliwość za często była problemem do ukrycia i swoją wrażliwość musiały ubierać w przebrania pasujące do oczekiwań współczesnego świata.

Autorka jest coachem i autorką książek, więc pisze z perspektywy wspierającej, a nie psycholożki klinicznej. Dla mnie to ważne rozróżnienie.

Czy ta książka jest dla każdej wrażliwej osoby?

Raczej nie. Jeśli ktoś ma alergię na język rozwoju osobistego, miejscami może kręcić nosem.

Sama też mam radar na hasła o supermocy, czułości i sukcesie z serca, bo takie słowa łatwo zamieniają się w watę cukrową. Na szczęście w tej książce są takie fragmenty, ale jest też sporo konkretu: krytyka, porażka, granice, bodźce, odpoczynek, porównywanie się, syndrom oszustki, autopromocja.

Najwięcej wyciągną z niej osoby, które mają ambicje, ale nie chcą robić kariery po cudzych zasadach. Kobiety zmęczone udawaniem twardszych niż są. Osoby, które po krytyce długo dochodzą do siebie. Te, które za dużo biorą na siebie, za rzadko stawiają granice i nadal mają poczucie, że powinny być bardziej odporne, bardziej ogarnięte, mniej przejęte.

3 rzeczy, które realnie można wynieść z tej książki

1) Lepiej rozumiesz, że wrażliwość nie musi wykluczać ambicji - szczególnie jeśli długo miałaś poczucie, że sukces wymaga grubej skóry, ostrych łokci i ciągłego udawania, że nic Cię nie rusza.

2) Zaczynasz inaczej patrzeć na krytykę, porażkę i własne granice - nie jako dowód, że się nie nadajesz, tylko jako obszary, w których potrzebujesz narzędzi, a nie kolejnego dociskania siebie.

3) Dostajesz zgodę na własne tempo - bez romantyzowania bezczynności, ale też bez wmawiania sobie, że każde zmęczenie trzeba przełamać silną wolą.

Czy warto przeczytać Siłę wrażliwości?

Moim zdaniem tak, jeśli temat wrażliwości dotyka Cię osobiście. Nie jako ładna etykietka, ale jako codzienne doświadczenie: przejmowanie się, analizowanie, zmęczenie bodźcami, trudność z krytyką, potrzeba sensu, niechęć do brutalnej rywalizacji i jednoczesna chęć robienia w życiu czegoś większego niż tylko przetrwanie kolejnego tygodnia.

Siła wrażliwości nie sprawi, że świat nagle stanie się lepszym miejscem dla osób wrażliwych. Może jednak pomóc przestać traktować własną naturę jak przeszkodę, którą trzeba wreszcie naprawić. Dla mnie najważniejsza myśl po tej lekturze jest prosta: wrażliwa kobieta nie musi wybierać między sobą a sukcesem. Musi tylko bardzo uważać, czy po drodze nie zaczyna grać roli osoby, którą nigdy nie chciała zostać.

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz