Dzisiaj wrzucam Wam tylko śliczne wnętrze.
Szarości, fotel z podnóżkiem retro, lampa z PRL-u i dużo książek.
Czy może być lepszy kącik wypoczynkowy?
Z roślinami bywa różnie. Raz rosną jak szalone i człowiek już myśli, że odkrył w sobie ukryty talent ogrodniczy, a chwilę później patrzy na suchy liść i wraca do rzeczywistości. U mnie długo wyglądało to tak, że wszystko było dobrze, dopóki nagle nie przestawało być dobrze. Taki domowy test cierpliwości, tylko bez instrukcji.
Są rośliny, które wybaczają sporo, i są też takie, które obrażają się o byle co. Wystarczy gorsze miejsce, suche powietrze albo jeden nietrafiony tydzień i zaczyna się spektakl. O tym, które rośliny faktycznie pomagają w domu, pisałam też we wpisie Rośliny produkujące tlen i oczyszczające powietrze.
Najbardziej samobójcze rośliny, których nie chcę mieć w mieszkaniu
- Calathea – piękna, ale potrafi zareagować źle na wszystko: suche powietrze, złe światło, zbyt twardą wodę... i cudze marzenia o spokojnym życiu.
- Fikus benjamina – gubi liście z takim zaangażowaniem, jakby to była jego główna funkcja,
- Maranta – efektowna, ale szybko pokazuje, że coś jej nie odpowiada, a lista pretensji zwykle jest długa, nic dziwnego jedna rodzina z Calatheą
- Paproć – widzisz piękne u babci, wielkie i niby bezobsługowe, a taki luj... albo ma za sucho, albo za mokro, albo za jasno. Trafić w jej oczekiwania to już sport, chyba, że masz lat 70 i 3 wnucząt, wtedy rośnie jak na drożdżach
- Strelicja – wygląda świetnie, dopóki nie uzna, że jednak nie będzie współpracować, bo Polska to nie jest kraj dla jej wysokości królewskiej
Nie twierdzę, że nie da się ich utrzymać.
Mam tylko coraz mniej cierpliwości do roślin, które wymagają nastroju, warunków i pełnej gotowości emocjonalnej. Wolę te, które po prostu rosną, zamiast urządzać cichy protest na parapecie.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz