Strachem przed lataniem (Erica Jong) moim okiem

Nie o seksie. A o czasie w życiu, w którym przestajesz być wersją jakiej oczekują inni... czyli moje zderzenie z Strachem przed lataniem E. Jong Recenzja Strachem przed lataniem Erica Jong

Pierwsza rzecz, którą odkryłam przypadkiem: ta książka nie była tylko kontrowersyjna. Dla lat 70-tych ona była problemem. Dla ludzi, dla krytyków, dla całej tej eleganckiej literackiej fasady, która nagle dostała rysę od niepozornej autorki. Mówimy o "Strachu przed lataniem" Eriki Jong, wydanej w roku 1973, w okresie społecznie napiętym jak struna. Kiedy druga fala feminizmu zaczynała mówić głośno. Kiedy kobiety chciały więcej, a społecznej normie i patriarchatowi było wówczas wygodnie.

Czytam to dziś w 2026 i mam poczucie dziwnego rozdwojenia.

Z jednej strony zapis epoki, z drugiej coś niepokojąco aktualnego.

Skakałam po tej książce jak po trampolinie, raz zachwycona, za chwilę zirytowana, czasem przerażona aktualnością (chociaż są fragmenty, które się źle zestarzały), więc żadna skrajna ocena nie byłaby uczciwa. Ta książka wymusza ambiwalencję i chyba robi to nie celowo.

Isadora i cała reszta, która "powinna wystarczyć"

Isadora Wing leci do Europy z mężem. Ma wszystko, co powinna mieć dorosła kobieta, i dokładnie nic z tego jej nie wystarcza. Brzmi znajomo, aż za bardzo. Lot jest tylko konstrukcją, pretekstem do tego, co dzieje się w środku: w głowie, w impulsach, w decyzjach, które nie są ani rozsądne, ani społecznie akceptowalne.

Nie, to nie jest narracja o wydarzeniach, tylko o napięciu między tym, co wypada, a tym, co jest prawdziwe. Seks, zdrada, fantazje, ucieczka od schematu. Jong nie bawi się w półcienie, tylko mówi wprost, bez przeprosin i bez dekoracji.

„zipless fuck” – czyli seks bez emocjonalnego bagażu, bez konsekwencji, bez całej tej romantycznej narracji, którą ktoś kiedyś kobietom sprzedał jako jedyną opcję

Łatwo się na tym zatrzymać i uznać, że całość kręci się wokół prowokacji i seksu. Tyle że to skrót, który spłaszczałby całą historię. Ta książka nie jest o seksie. 

Ona jest o czasie w życiu, w którym kobieta przestaje grać przypisaną społecznie rolę i nagle okazuje się, że nie ma gotowego scenariusza na dalszy ciąg.

Dlaczego to wtedy wybuchło

Z perspektywy XXI wieku można wzruszyć ramionami i powiedzieć: przecież to już było: rewolucja, wolność, wszystko przerobione. Tyle że problem nie leżał w odwadze języka czy samej prowokacji. Chodziło o coś prostszego i trudniejszego jednocześnie: ktoś nazwał rzeczy po imieniu i nie zamierzał się z tego tłumaczyć:

  • kobieca seksualność bez romantycznego filtra, 
  • frustracja małżeństwem mimo „idealnego życia”, 
  • (auto)ironia wobec własnych wyborów

W latach 70. "Strach przed lataniem" to był materiał zapalny. Książka sprzedawała się w milionach egzemplarzy i jednocześnie była zakazywana, analizowana, rozbierana na części pierwsze, jakby ktoś próbował znaleźć moment, w którym należało ją zatrzymać, bo jeszcze nam w głowach zaszkodzi

„Pisałam Strach przed lataniem z duszą na ramieniu, przerażona swoją szczerością. Miałam wrażenie, że nie piszę powieści, lecz manifest własnego wyzwolenia.” ~ Erica Jong

Ta szczerość jest tu kluczowa i jednocześnie najbardziej niewygodna. Nie chodzi o to, co Isadora robi. Chodzi o to, że ona nie próbuje tego usprawiedliwiać w sposób, który byłby społecznie strawny.

Milczenie jest najbardziej tępym ze wszystkich narzędzi. Zdaje się walić w ciebie obuchem. Wbija cię coraz głębiej i głębiej w poczucie winy. Sprawia, że głos wewnętrzny oskarża się bardziej gwałtownie, niż mógłby to zrobić głos z zewnątrz.

Zachwyt i irytacja w jednym zdaniu

Były momenty, kiedy miałam wrażenie, że siedzimy w jednej głowie. Te same rozterki, te same autoironiczne komentarze, ta sama świadomość własnych sprzeczności. Jong potrafi być celna i naprawdę zabawna, szczególnie tam, gdzie wbija szpilę w psychoanalizę i cały ten język, który ma wszystko tłumaczyć, a często tylko miesza, przerysowuje i komplikuje.

A potem nagle pojawiają się rozdziały, które ciągną się za długo, grzebią w przeszłości bez wyraźnego celu i rozmywają napięcie. Pojawia się też chaos: przemyślenia o wszystkim i o niczym, które brzmią jak notatki, a nie gotowa konstrukcja.

Do tego tłumaczenie, które momentami jest świetne i naprawdę współczesne, a za chwilę zgrzyta tak, że trudno przejść obok tego obojętnie. Dosłowne kalki z angielskiego (niektóre), fragmenty, które ewidentnie nie brzmią tak dobrze, jak mogłyby. Te detale psują pewien rytm, a ta książka bardzo potrzebuje rytmu.

Więcej niż prowokacja

Redukowanie tej powieści do seksualności jest wygodne, bo pozwala ją szybko zaszufladkować w kategorię seks i feminizm. Tyle że obok tego są tu rzeczy znacznie bardziej wymagające: rozważania o tożsamości, o winie, o odpowiedzialności, nawet o Holokauście i wierze. Jong wrzuca to wszystko do jednego worka i każe czytelnikowi samemu zdecydować, co z tym zrobić.

Ta opowieść jest pełna sarkazmu i drobnych uszczypliwości, które łatwo przeoczyć, jeśli czyta się ją zbyt szybko. Warto zwolnić, bo właśnie tam kryje się największa precyzja tej książki. Tam widać, że to nie jest manifest pisany jednym tonem, tylko zapis kogoś, kto sam siebie nieustannie podważa.

„żeńskim odpowiednikiem ‘Zwrotnika Raka’”

To porównanie Henry’ego Millera jest efektowne, ale trochę upraszcza sprawę. Jong nie kopiuje męskiej narracji o wolności, tylko ją rozmontowuje i sprawdza, co z niej zostaje, kiedy zmieni się punkt widzenia.

Co z tego zostaje dziś

Chcę wierzyć, że ta książka rzeczywiście coś otworzyła, chociaż w 2026 roku trudno o tym myśleć bez ironii. Bo z jednej strony mamy deklarowaną wolność, z drugiej wciąż ten sam schemat co pół wieku temu: kobieca seksualność budzi niepokój, jest regulowana, komentowana, oceniana przez polityków, działaczy i duchownych, którzy nie mają zamiaru oddać nad nią kontroli.

Najbardziej niewygodne jest jednak coś innego. Pod warstwą „wyzwolenia” bardzo wyraźnie widać zabetonowanie w układzie żona–mąż, z którego bohaterka próbuje się wyrwać, ale nie do końca wie, jak miałoby wyglądać życie poza nim. Ta sprzeczność zostaje i nie daje łatwej odpowiedzi.

Dlaczego do niej wracam

Ostatnie rozdziały uderzyły mnie najmocniej i zostały ze mną dłużej, niż się spodziewałam. Ta książka zaskoczyła mnie kierunkiem, w którym poszła, i tym, jak bardzo jest jednocześnie o wyzwoleniu i o akceptacji własnych ograniczeń.

Już tęsknię za Isadorą, mimo że momentami miałam ochotę przewrócić oczami i zamknąć książkę. Ta ambiwalencja jest chyba najlepszym dowodem na to, że Jong zrobiła coś więcej niż prowokację. Napisała historię, która pozwoliła kobietom mówić własnym głosem, nawet jeśli ten głos jest niespójny, irytujący i niewygodny.

Dlatego trudno ją odłożyć do kategorii „ważna kiedyś”. Ona nadal uwiera, tylko w trochę innych miejscach.

A jeśli lubicie książki, które uwierają, to zapraszam również na recenzję Najgorszy człowiek na świecie - Małgorzata Halbert

3 komentarze:

  1. Intrygująca okładka i widać po Twojej recenzji, że jest też ciekawa.

    OdpowiedzUsuń
  2. Szczerość ułatwia, ale paradoksalnie potrafi być problematyczna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. właśnie szczerość, bezpośredniość, to właśnie wyprzedziło czasy, albo takie osoby jak ona są prekursorkami dzisiaj naszych możliwości - wtedy oburzała a dzisiaj... dziś jest nadal bardzo aktualna jej szczerość

      Usuń

Adbox