Kontynuując serię ruszamy dalej po naszej osi czasu. Moda lat 50 to jedna z tych dekad, które do dziś rozpoznaje się od pierwszego spojrzenia. Wystarczy talia podkreślona paskiem, rozkloszowana spódnica, szpilki, rękawiczki albo kocie okulary i już wiadomo, o jaki moment w historii chodzi. Ten styl nie był przypadkiem. Po wojnie kobiety miały dość ubrań podporządkowanych niedoborowi, praktyczności i oszczędzaniu materiału. Chciały znów wyglądać pięknie, odświętnie, elegancko. I moda lat 50 odpowiedziała na to z rozmachem.
Najbardziej lubię w tej dekadzie to, że nic nie było tu nieśmiałe. Styl lat 50 miał zaznaczać sylwetkę, podkreślać kobiecość i robić wrażenie. Nie chodziło o bycie niezauważoną. Chodziło o dopracowany efekt. Talia miała być wąska, biodra wyraźniejsze, biust uniesiony, włosy uczesane, dodatki dobrane. Nawet codzienna stylizacja miała wyglądać tak, jakby właścicielka za chwilę wychodziła na spotkanie z fotografem, a nie po zakupy. Z dzisiejszej perspektywy można się z tego lekko uśmiechnąć, ale trudno odmówić tej modzie charakteru.
Co było wtedy pożądane, kto wyznaczał trendy, jak wyglądały sukienki lat 50, jakie znaczenie miały dodatki i czy wszystko kręciło się wyłącznie wokół rozkloszowanych spódnic? No właśnie nie. I chyba dlatego ta dekada wciąż tak dobrze działa na wyobraźnię.
Gwiazdy kina powojennego
Lata 50. to dekada, w której lśniły gwiazdy kina podziwiane do dziś. Audrey Hepburn, Sophia Loren, Marilyn Monroe, Grace Kelly, Brigitte Bardot - ich nazwiska zostały z nami pomimo upływu ponad pół wieku. Tak jak współczesne gwiazdy inspirują tysiące kobiet, tak one były punktem odniesienia dla naszych babć i prababć. Tyle że wtedy wpływ kina bywał jeszcze silniejszy, bo nie było miliona innych obrazów, trendów i sezonowych mikro mód przewijających się co trzy dni przez telefon.
Audrey Hepburn wnosiła do tej dekady lekkość i dyscyplinę. Grace Kelly sprzedawała obraz chłodnej elegancji, której nie trzeba było niczym doprawiać. Marilyn Monroe działała zupełnie inaczej - bardziej kobieco, bardziej zmysłowo, z naciskiem na figurę. Sophia Loren miała w sobie śródziemnomorski rozmach, a Bardot zapowiadała już trochę bardziej swobodny, mniej grzeczny kierunek. Lubię ten zestaw nazwisk właśnie dlatego, że pokazuje, iż moda lat 50 nie była jedną kalką. Mieściła w sobie kilka wersji kobiecości.
W czasach, gdy te kobiety królowały na ekranie, ich fanki chciały wyglądać podobnie. Kopiowano fryzury, makijaże, dekolty, długości spódnic, sposób noszenia rękawiczek czy okularów. Dziś inspiracja często kończy się na zapisaniu zdjęcia na Pinterest. Wtedy kończyła się doszywaniem halki, poprawianiem talii u krawcowej i szukaniem tkaniny, która choć trochę przypominała to, co miało się na myśli.
Właśnie dlatego moda vintage z lat 50 tak dobrze przetrwała próbę czasu. Ma wyraźną linię, ma rozpoznawalny kształt i nie próbuje udawać neutralnej. Gdy patrzę na wiele współczesnych kolekcji, widzę sporo poprawności i mało zdecydowania. Tutaj zdecydowanie było wpisane w konstrukcję ubrania.
Powojenna zmiana - z oszczędności do spektaklu
Żeby dobrze zrozumieć styl lat 50, trzeba pamiętać o tym, co było chwilę wcześniej. Wojna oznaczała racjonowanie, niedobory, uproszczenie krojów, podporządkowanie ubioru praktyce. Materiał był cenny, pończochy oddawano na potrzeby wojenne, a funkcjonalność stała wyżej niż fantazja. Nic dziwnego, że kiedy ten etap się skończył, kobiety nie marzyły o kolejnej dekadzie skromnego zaciskania pasa, tylko o luksusie, objętości i formie.
W 1947 roku Christian Dior pokazał światu linię, która później została nazwana New Look. I w gruncie rzeczy nie chodziło tylko o nowy fason. Chodziło o całkowitą zmianę nastroju. Dior zaproponował sylwetkę z wąską talią, pełną spódnicą i wyraźnie modelowaną górą. Jedni byli zachwyceni, inni oburzeni. Krytykowano ilość materiału zużywaną na spódnice, ale kobiety i tak chciały właśnie tego. Po latach niedoboru ten nadmiar miał swój sens. Był rodzajem odzyskanej wolności.
W tym wszystkim widzę też pewien paradoks. Z jednej strony wojna się skończyła i moda znów miała cieszyć. Z drugiej - to wcale nie był luz. Sylwetka była mocno kontrolowana, ciało formowane, a ubiór wymagał wysiłku. Tyle że po latach dyscypliny wymuszonej przez historię przyszła dyscyplina elegancji. I wiele kobiet przyjęło ją z entuzjazmem.
Kobiece kroje i wielkie nazwiska
Zaczęła się prawdziwie kobieca epoka, zostały docenione kobiece kształty. W krojach Chanel - jej klasyczny kostium: żakiet bez kołnierzyka i spódnica do kolan - królowały na ulicach Paryża. Chanel nigdy nie działała dokładnie tak samo jak Dior. Tam, gdzie Dior lubił budować spektakl, Chanel wolała kontrolę, wygodę i czystość linii. I bardzo dobrze, bo dzięki temu lata 50 nie zamknęły się w jednej sylwetce.
To jest zresztą jedna z rzeczy, które często się upraszcza. Kiedy myślimy o modzie lat 50, widzimy głównie szeroką spódnicę i talię osy. Tyle że ta dekada szybko zaczęła pokazywać też inne opcje. Obok pełnych spódnic pojawiały się pencil skirts, sukienki bardziej dopasowane, garsonki o prostszej linii, później także fasony w typie sheath dress czy chemise. Dwie kobiety mogły iść ulicą w zupełnie innych ubraniach, a obie nadal wyglądały modnie.
Ta różnorodność jest ważna, bo pokazuje, że moda lat 50 była bardziej żywa, niż sugerują stereotypowe obrazki. Owszem, godzina policyjna elegancji działała mocno, ale nie wszyscy projektanci chcieli rysować kobietę wyłącznie w kształcie klepsydry. Balenciaga, Givenchy czy Charles James eksperymentowali z konstrukcją, linią i objętością w zupełnie innych miejscach.
Podkreślona szerokim pasem talia miała być wąska. Wytworne, rozkloszowane suknie pobiły serca naszych babć, które pamiętały, by przez halki nadać im większą puszystość. Tu obowiązywała zasada - im ważniejsze wyjście, tym szersza halka. I nie da się ukryć, że to właśnie halka była cichą bohaterką całego widowiska. Bez niej wiele sukienek nie miałoby tego charakterystycznego, pełnego ruchu i objętości.
Warto znów wspomnieć kultową linię New Look Christiana Diora, która hołdowała wszystkim atutom kobiecości - cel: podkreślić wąską talię, poszerzyć biodra, powiększyć biust. Dzisiaj jedni widzą w tym klasyczną elegancję, inni presję wpisaną w fason. Ja widzę przede wszystkim modę, która nie była nijaka. Nawet kiedy przesadzała, robiła to świadomie.
Nie tylko pełna spódnica - także ołówkowe spódnice, sheath dress i linia trapezu
Największy błąd, jaki można zrobić przy opisywaniu tej dekady, to zamknąć ją w jednym fasonie. Moda lat 50 zaczęła od pełnej spódnicy i mocno modelowanej sylwetki, ale z czasem robiła się smuklejsza, prostsza i mniej oczywista. W połowie dekady coraz mocniej widać było wąskie spódnice, sukienki o lżejszej konstrukcji, formy bardziej pionowe niż rozbuchane.
Pencil skirt działała inaczej niż rozkloszowana spódnica. Nie budowała teatru wokół bioder, tylko prowadziła wzrok po sylwetce bardziej bezpośrednio. Sheath dress była jeszcze bardziej oszczędna. Nie potrzebowała tylu warstw i dodatków, żeby robić wrażenie. Tego rodzaju kroje zapowiadały już zmianę, która miała w pełni dojść do głosu w latach 60.
W materiałach o modzie lat 50 przewija się też trapeze dress i trapeze shirt. Lubię ten wątek, bo pokazuje, jak moda reagowała na życie, a nie tylko na fantazję projektantów. Po wojnie wiele kobiet wychodziło za mąż i rodziło dzieci, więc luźniejsze fasony zaczęły mieć realne zastosowanie. Trapezowe kroje wiąże się choćby z Lucille Ball, której ciąża była pokazywana w telewizji. I nagle okazuje się, że dekada słynąca z wąskiej talii umiała też zrobić miejsce dla fasonu znacznie swobodniejszego.
Ta mieszanka jest dla mnie dużo ciekawsza niż jeden wyprasowany obrazek z pocztówki. Pełna spódnica, ołówek, garsonka, trapez, koktajlowa sukienka, twinset, top do pedal pushers - właśnie z takich elementów składała się codzienność. Jedne ubrania były bardziej paryskie, inne bardziej amerykańskie, jedne szyte z myślą o wieczorze, inne o młodej dziewczynie, która nie chce wyglądać jak własna matka.
Bielizna w reklamie i sylwetka budowana od spodu
Nie tylko ubrania szyte były tak, by podkreślić kobiece kształty. Pruderyjne panie mogły się oburzać, ale pin-up girls i reklama zrobiły swoje. Wreszcie pojawiły się reklamy bielizny z prawdziwego zdarzenia. Kiedy dziś patrzymy na stożkowate biustonosze i mocno modelujące pasy, od razu widzimy estetykę Marilyn Monroe albo Brigitte Bardot. I słusznie, bo właśnie ten rodzaj bielizny współtworzył sylwetkę, którą tak dobrze pamiętamy z tamtej dekady.
Bielizna podkreślająca kobiece kształty, ściskająca talię i obudowująca biodra była czymś znacznie ważniejszym niż ozdobą. To był fundament. Wiele fasonów z lat 50 nie działałoby tak samo bez tego, co było pod spodem. Dziś sporo mówi się o naturalności sylwetki, komforcie i oddychających materiałach. W tamtej dekadzie nikt nie udawał, że ubranie nie wpływa na ciało. Wpływało bardzo konkretnie.
Tu zaczyna się cały temat estetyki pin-up. Pin-up nie był tylko plakatem z zalotnym uśmiechem. Był pewnym kodem kobiecości, który korzystał z dobrze zarysowanej figury, mocnych ust, zaznaczonego biustu i bielizny robiącej połowę roboty. Z dzisiejszej perspektywy jednych to zachwyca, innych drażni. Mnie bardziej interesuje to, że ten styl był czytelny. Nie zostawiał miejsca na przypadek.
Co ciekawe, kiedy dziś wracają gorsety, body modelujące czy bielizna inspirowana retro, wiele osób mówi o tym jak o nowości. A przecież to tylko kolejna odsłona starych obsesji mody. Zresztą jeśli chcecie zobaczyć, jak historia lubi robić koło, zajrzyjcie do wpisu Gorset wraca. Niektóre idee naprawdę nie umieją umrzeć.
Pin-up girls i kobiecy ideał sylwetki
Skoro już jesteśmy przy bieliźnie, nie da się ominąć jednego z najmocniejszych obrazów tej dekady, czyli pin-up girls. Dziś ten styl kojarzy się głównie z plakatami, czerwonymi ustami i zalotnym spojrzeniem przez ramię, ale w latach 50. chodziło o coś więcej niż samą estetykę. Pin-up był gotowym wzorem kobiecości - wyraźnie zarysowanej, świadomej swojego efektu i bardzo mocno osadzonej w konkretnym ideale sylwetki. Biust miał być pełny, talia wąska, biodra zaokrąglone, nogi podkreślone, a całość dopracowana tak, żeby nie było wątpliwości, że ciało ma wyglądać atrakcyjnie.
Stąd moda lat 50. tak chętnie korzystała z konstrukcji, które dziś dla części osób byłyby zwyczajnie męczące. Halki, pasy, modelujące staniki, dopasowane sukienki, wysoko osadzona talia - to wszystko nie było dodatkiem, tylko narzędziem do zbudowania określonego efektu. Pin-up girls nie promowały figury przypadkowej ani „naturalnej” w dzisiejszym rozumieniu tego słowa. Promowały sylwetkę opracowaną, wystylizowaną i podporządkowaną wizji kobiecości, która miała przyciągać wzrok. Można to lubić albo nie, ale trudno udawać, że ten kod nie był skuteczny.
Co ciekawe, ten ideał nie wyglądał dokładnie tak jak współczesne standardy promowane przez social media. W latach 50. nie chodziło o skrajnie szczupłą figurę. Wręcz przeciwnie - ceniono miękkość linii, krągłości i proporcje, które dawały efekt klepsydry. Dlatego właśnie Marilyn Monroe tak dobrze wpisywała się w tamtą epokę. Jej uroda i sylwetka nie były „minimalistyczne”. Były pełne, bardzo kobiece i całkowicie zgodne z tym, czego oczekiwano od gwiazdy tamtych lat.
Pin-up jest też ważny z innego powodu - pokazuje, jak mocno w latach 50. przenikały się moda, reklama i popkultura. Kobiecość nie była tu prywatną sprawą. Była obrazem do oglądania, sprzedawania i powielania. Właśnie dlatego ten styl do dziś wraca w sesjach zdjęciowych, modzie retro i inspiracjach vintage. Jest wyrazisty, łatwo rozpoznawalny i nie próbuje udawać obojętnego.
Dodatki, bez których całość się rozpadała
W modzie lat 50. szalenie istotną rolę odgrywały dodatki. I nie chodziło o dwa przypadkowe drobiazgi wrzucone do torebki. Kocie okulary, cienkie szpilki, buty peep-toe, eleganckie torby, kapelusze, rękawiczki, broszki, apaszki - to wszystko miało domknąć obraz. Kobieta miała być dopracowana od fryzury aż po noski butów.
Wielu osobom ten poziom formalności może dziś wydawać się męczący. Rozumiem to. Sama nie mam potrzeby wyglądać jakbym szła na herbatę do księżnej przy każdym wyjściu z domu. Ale trudno nie docenić tego, jak przemyślany był cały efekt. Stylizacja nie kończyła się na sukience. Sukienka była punktem wyjścia.
Kapelusze zasługują na osobny akapit, bo w latach 50 naprawdę miały znaczenie. Były mniejsze, bardziej dekoracyjne, często ustawione na głowie tak, by współpracowały z fryzurą, a nie ją zakrywały. Wystarczy spojrzeć na zdjęcia z epoki, żeby zobaczyć, że kobieta bez nakrycia głowy wciąż mogła być elegancka, ale kapelusz dodawał jej innego rodzaju wykończenia. Dziś kapelusz jest gestem. Wtedy był elementem kodu.
Do tego dochodziły idealnie dobrane buty i torebka. W materiałach o tej dekadzie często przewija się uwaga, że dodatki powinny być dopasowane niemal perfekcyjnie. I ten nacisk na spójność nie był przesadą. On naprawdę określał standard dobrego wyglądu. Nie wystarczało wyglądać atrakcyjnie. Trzeba było wyglądać na skomponowaną.
Chanel 2.55 i rzeczy, które zostały z nami do dziś
W połowie lat 50. Coco Chanel uwolniła kobiety od obowiązku trzymania torebki w rękach. Słynny model 2.55 to pikowana torebka na łańcuszku, popularna do dziś. I właśnie tu widać, że moda lat 50 nie składała się wyłącznie z nostalgicznych obrazków. Powstawały też projekty, które zmieniały codzienne funkcjonowanie. Torebka na pasku czy łańcuszku dziś wydaje się czymś oczywistym. Wtedy to była bardzo praktyczna rewolucja.
To samo można powiedzieć o sweterkach na guziki i twinsetach. Większość z nas ma w szafie choć jeden kardigan i nie traktuje go jak wielkiego odkrycia. A przecież ten rodzaj eleganckiej dzianiny mocno wybrzmiał właśnie w połowie XX wieku. Styl lat 50 zostawił po sobie mnóstwo elementów, które zostały rozebrane na części i wchłonięte przez współczesność. Dlatego ta epoka wciąż nie wygląda muzealnie. Ona nadal pracuje w naszych szafach, tylko często pod inną nazwą.
Zresztą podobnie było z butami. Czarne noski u butów Chanel, cienkie obcasy, peep-toe, klasyczne czółenka - wiele z tych rozwiązań wraca bez końca. Moda bardzo lubi udawać postęp, a później po cichu znów otwiera szufladę z latami 50.
Koktajlowe sukienki, wieczorowa elegancja, ten słynny perfekcyjny wygląd
Lata 50 mocno rozwinęły także kategorię, którą dziś uznalibyśmy za oczywistą, a wtedy miała wyraźnie określony charakter - cocktail dress. Sukienka koktajlowa leżała gdzieś pomiędzy strojem dziennym a pełną wieczorową kreacją. Nie była tak ciężka i formalna jak suknia balowa, ale nie miała też codziennego charakteru. Nadawała się na nowe życie towarzyskie powojennej klasy średniej: przyjęcia, kolacje, spotkania, wyjścia, na których trzeba było wyglądać elegancko, ale nie jak na ślubie księżniczki.
Wieczorowa moda tej dekady nadal bardzo kochała objętość. Pełna spódnica nie zniknęła, nawet gdy w modzie dziennej zaczęły pojawiać się smuklejsze fasony. Popularne były gorsety bez ramiączek, bogate zdobienia, hafty, połysk i świadomie budowany kontrast między prostszą górą a szerokim dołem. Wszystko miało w sobie pewną ceremonialność. W tamtych czasach nie wstydzono się wyglądać odświętnie. Dzisiaj wiele osób boi się, że będzie "za bardzo". W latach 50 bycie "za bardzo" często oznaczało, że wreszcie wygląda się dobrze.
Nie chodziło tylko o samą suknię. Kobieta miała być nienagannie uczesana, umalowana i ubrana stosownie do okazji. Brzmi to rygorystycznie, ale wówczas było częścią społecznego oczekiwania. I właśnie dlatego stare fotografie z tej dekady mają w sobie taki rodzaj uporządkowanej elegancji. Nawet luźniejsze stylizacje rzadko sprawiają wrażenie przypadkowych.
Moda codzienna: mniej haute couture, a więcej życia
Couture lubi skupiać na sobie całą uwagę, ale zwykłe życie nie polegało przecież na chodzeniu po ulicy w sukni od Diora. W codzienności lat 50 ważne były też mniej formalne elementy garderoby. W Stanach popularność zdobywały sportowe fasony, bardziej lekkie letnie sukienki, stroje plażowe, spodnie capri, pedal pushers i dzianinowe zestawy. Młodsze kobiety chętniej sięgały po rzeczy prostsze, wygodniejsze i mniej ceremonialne.
Bardzo charakterystyczny był też poodle skirt, dziś jeden z najbardziej rozpoznawalnych symboli lat 50. Prosta filcowa spódnica z doszywanym motywem pudla albo innym ozdobnym detalem była bardziej casualowa niż paryska moda haute couture, ale nadal korzystała z tej samej zasady: zaznaczona talia i pełny dół. Właśnie tu dobrze widać, jak trendy z wybiegów przepływały do codziennego ubioru.
Ten bardziej dziewczęcy, młodszy kierunek jest w ogóle istotny. Pod koniec dekady moda coraz mocniej zaczęła spoglądać na nastolatki i kulturę młodości. Elegancja wcześniejszych lat nie zniknęła, ale zrobiło się mniej ciężko, mniej oficjalnie, bardziej ruchliwie. I z tej zmiany już prostą drogą można dojść do kolejnej dekady.
A co z modą męską? Lata 50 nie należały tylko do kobiet
Choć kobieca moda lat 50 jest dużo bardziej widowiskowa, męska strona dekady też zasługuje na uwagę. I dzieje się tu ciekawa rzecz. Podczas gdy damska moda długo trzyma formalność i dopracowanie, męska zaczyna się rozluźniać. Garnitur nadal istnieje, nadal jest ważny, ale równolegle rośnie coś znacznie bardziej buntowniczego.
James Dean, Marlon Brando, później Elvis Presley - te nazwiska zrobiły dla męskiego stylu bardzo dużo. Biały T-shirt, jeansy, skórzana kurtka, włosy zaczesane do tyłu - dzisiaj to kanon popkultury, wtedy był sygnałem młodzieżowego buntu. Właśnie w latach 50 młodzi mężczyźni zaczęli ubierać się inaczej niż ich ojcowie i robić z tego własny znak rozpoznawczy.
Lubię ten kontrast. Kobiety miały być dopracowane, skomponowane i eleganckie. Mężczyźni mogli coraz częściej wyglądać niedbale w sposób kontrolowany i właśnie w tym niedbalstwie budować swój urok. Jedna dekada, dwa różne kierunki. Z jednej strony koktajlowe sukienki, z drugiej James Dean w T-shircie. I oba obrazy weszły do historii.
Fryzury i makijaż lat 50
Na ubraniach ten styl się nie kończył. Fryzury i makijaż lat 50 były równie ważne jak sukienka czy dodatki, bo bez nich cały efekt zwyczajnie się rozsypywał. W tej dekadzie kobieta miała wyglądać na dopracowaną od stóp do głów, więc nie było miejsca na przypadkowe włosy spięte byle jak czy twarz zostawioną „samą sobie”. Królowały loki, miękkie fale, starannie układane grzywki i fryzury inspirowane gwiazdami kina. Jedne kobiety szły w bardziej uporządkowaną elegancję à la Grace Kelly, inne w bardziej miękką i zmysłową linię kojarzoną z Marilyn Monroe.
Makijaż też miał bardzo czytelne zasady. Cera miała wyglądać gładko i schludnie, brwi były podkreślone, oczy często akcentowano eyelinerem, a usta malowano wyraźnie - najczęściej na czerwono, malinowo albo w ciemniejszym różu. Nie chodziło o ciężki makijaż w dzisiejszym rozumieniu, tylko o twarz, która wyglądała na świadomie wykończoną. To właśnie wtedy naprawdę mocno utrwalił się obraz kobiety z kreską na powiece i dopracowanymi ustami. W połączeniu z dopasowaną sukienką i dodatkami dawało to efekt, który do dziś momentalnie kojarzy się z estetyką retro.
Lubię w tym to, że w latach 50. fryzura i makijaż nie były traktowane jak osobny świat. One należały do stroju. Kobieta nie miała tylko założyć ładnej sukienki. Miała wyglądać spójnie. To dlatego nawet prostsza stylizacja nabierała charakteru, jeśli towarzyszyły jej odpowiednio ułożone włosy, podkręcone rzęsy i mocniejszy kolor na ustach. Dziś często odchodzi się od tego rodzaju formalności, ale właśnie dlatego estetyka lat 50. nadal robi takie wrażenie - była kompletna.
Co więcej, wiele elementów tamtego makijażu wraca do nas regularnie. Kocia kreska, czerwone usta, fale, pin-upowe upięcia, bandanki i loki stylizowane na retro to nie są relikty zamknięte w muzeum. To rozwiązania, które ciągle wracają przy sesjach zdjęciowych, ślubach, stylizacjach inspirowanych vintage czy nawet zwykłym wieczorowym makijażu. Moda potrafi zmieniać nazwy, ale naprawdę rzadko wymyśla wszystko od nowa.
A w Polsce?
Łatwo nie było. I tutaj zaczyna się ta część historii, którą lubię chyba najbardziej, bo pokazuje modę bez całej paryskiej otoczki. W Polsce lata 50 nie wyglądały tak jak na francuskich wybiegach czy w amerykańskich magazynach. Owszem, inspiracje docierały, ale docierały z opóźnieniem, przez widokówki, paczki, bazary, opowieści i spryt. Co bardziej zaradne kobiety szukały ubrań na bazarach. Pochodziły one przede wszystkim z amerykańskich paczek. Modowe podróże kończyły się u nas często na oglądaniu zdjęć z NRD i marzeniu, że może uda się coś uszyć na podobieństwo.
Panie prostym bluzkom i spódnicom doszywały koronki z firanek. Dziś nazwałybyśmy to upcyklingiem, kreatywnym DIY albo odzyskiwaniem ubrań. Wtedy było to zwyczajnie sposobem na to, by wyglądać lepiej niż pozwalała na to rzeczywistość. W tym sensie polska moda lat 50 była może mniej luksusowa, ale bywała bardziej pomysłowa.
W tym czasie powstały też popularne trumniaki, czyli baleriny stworzone z powycinanych i pofarbowanych na czarno tenisówek. Sama nazwa brzmi średnio romantycznie, ale trudno o lepszy dowód na to, że styl rodzi się nie tylko z dostatku, lecz także z kombinowania. Popularne dziś pojęcie DIY w tamtych czasach było nierzadko jedynym rozwiązaniem. Nikt nie czekał na idealne warunki. Robiło się modę z tego, co było pod ręką.
I właśnie dlatego mam dużą słabość do tej polskiej wersji estetyki retro. Mniej w niej było luksusu, więcej zaradności. Mniej atelier, więcej domowej maszyny do szycia. Mniej paryskich salonów, więcej firanki przerobionej na coś, co miało wyglądać odświętnie. Taki obraz mody mówi o epoce często więcej niż katalog wielkiego domu mody.
Jeśli interesuje Was moda z naszej części świata i to, jak styl próbował przebijać się przez siermiężną rzeczywistość, koniecznie zajrzyjcie też do wpisu Niezapomniana moda PRL - Barbara Hoff i.... Tam też widać, jak dużo można było wycisnąć z ograniczeń.
Co z lat 50. nosimy dziś
To chyba najlepszy dowód na siłę tej dekady - moda lat 50 wcale nie została zamknięta w starych albumach. Bardzo dużo z niej nosimy do dziś, tylko nie zawsze się nad tym zastanawiamy. Rozkloszowane sukienki z zaznaczoną talią, spódnice z wysokim stanem, kardigany zapinane na guziki, kocie okulary, torebki na łańcuszku, czółenka, peep-toe, a nawet gorsety wracające co jakiś czas w nowej odsłonie - to wszystko ma mocny związek z estetyką lat 50. Zmieniamy materiały, skracamy fasony, upraszczamy dodatki, ale rdzeń wielu tych pomysłów nadal działa.
Współczesna moda bardzo chętnie pożycza z tamtej dekady to, co najlepiej pracuje na sylwetce. Talia podkreślona paskiem nadal robi robotę, bo porządkuje proporcje. Rozszerzany dół sukienki nadal wygląda kobieco i lekko. Krótkie kardigany nadal dobrze współgrają ze spódnicami i sukienkami z wyższym stanem. Nawet stroje kąpielowe inspirowane retro, z mocniej zabudowanym dołem i bardziej modelującą linią, są przecież niczym innym jak współczesnym tłumaczeniem dawnych fasonów.
To, co się zmieniło, to sposób noszenia tych rzeczy. Dziś nikt nie oczekuje, że do rozkloszowanej sukienki obowiązkowo dołożysz rękawiczki, kapelusz i idealnie dobraną torebkę. Współczesność jest pod tym względem znacznie luźniejsza. I może właśnie dlatego inspiracje latami 50. działają tak dobrze - można wyciągnąć z nich tylko to, co nam pasuje. Jedna osoba weźmie z tej dekady czerwone usta i kocie okulary, druga fason sukienki, trzecia pikowaną torebkę, a czwarta tylko ogólny klimat kobiecości z wyraźną linią talii.
Właśnie w tym widzę największą przewagę stylu lat 50 nad wieloma współczesnymi trendami. On daje konkret. Nie zostawia Cię z ubraniem, które jest modne przez trzy tygodnie i potem wygląda jak pomyłka. Dobre inspiracje retro mają dłuższe życie, bo są oparte na proporcjach, a nie na chwilowym kaprysie branży. I dlatego ta dekada wciąż wraca - nie z sentymentu, tylko dlatego, że nadal dobrze wygląda.
Dlaczego moda lat 50 wciąż wraca
Nie bez powodu tyle osób nadal wpisuje w wyszukiwarkę hasła typu moda lat 50 damska, styl lat 50 inspiracje czy sukienki w stylu lat 50. Ta dekada daje coś, czego wiele współczesnych trendów nie potrafi dowieźć - natychmiast rozpoznawalny efekt. Wystarczy jeden krój i już wiesz, z jaką estetyką masz do czynienia. Nie trzeba dopisywać do niej całego manifestu.
Wraca też dlatego, że dobrze działa na figurę. Talia, rozkloszowany dół, wyraźnie zaznaczona góra - to rozwiązania, które dla wielu sylwetek są zwyczajnie korzystne. Nieprzypadkowo tak wiele współczesnych marek inspiruje się fasonami retro, nawet jeśli potem nazywa je już bardziej neutralnie. Styl lat 50 daje kobietom formę, której współczesna moda często się boi.
No i jest jeszcze kwestia nastroju. W modzie lat 50 chodziło o to, żeby wyglądać na dopracowaną, nawet jeśli życie wcale nie było aż tak błyszczące. I myślę, że właśnie to nadal działa. Elegancja tej dekady nie była minimalistyczna, nie była ironiczna, nie była też udawanym luzem. Była świadoma i estetycznie bezczelna. Albo kupujesz ten kod, albo nie. Półśrodków jest tu niewiele.
Zresztą podobny sentyment do rzeczy z charakterem wraca dziś także przez second handy i modę cyrkularną. Kiedy widzę kolejną osobę zachwyconą dobrze skrojoną marynarką, spódnicą z konkretną linią albo torebką, która nie wygląda jak klon wszystkiego wokół, wcale mnie to nie dziwi. Warto przy okazji zajrzeć do wpisu Second-handy są najlepsze, bo tam też chodzi o szukanie rzeczy, które mają więcej osobowości niż aktualny sezon.
Lata 50 nie były grzeczne, tylko bardzo świadome
Często mówi się o tej dekadzie jak o epoce grzecznych pań w rękawiczkach. Jasne, rękawiczki były. Kapelusze też. Perły, szpilki, torebki, pasy, halki, loki i czerwone usta również. Ale pod tą warstwą grzeczności siedzi moda bardzo świadoma własnej siły. Moda lat 50 wiedziała, jak działa obraz, jak działa figura i jak duży wpływ może mieć ubranie na to, jak kobieta jest odbierana.
Właśnie dlatego nie traktuję jej wyłącznie jako ładnej, starej estetyki. Widzę w niej też opowieść o pragnieniu powrotu do luksusu po czasie niedoboru, o społecznych oczekiwaniach wobec kobiet, o narodzinach młodzieżowej kultury, o sile kina i reklamy, a w polskim wydaniu także o sprycie, radzeniu sobie i szyciu stylu z tego, co akurat było dostępne.
Czyżby właśnie dlatego tak dobrze ogląda się stare zdjęcia z tej dekady? Nie dlatego, że wszystko było piękniejsze. Tylko dlatego, że prawie wszystko było bardziej zdecydowane. Sylwetki miały wyraźny, ostry kształt, dodatki miały sens, projektanci mieli własny język, a kobiety wyglądały tak, jakby wiedziały, co chcą pokazać światu. Dzisiaj często tonie to w nadmiarze opcji. W latach 50 wybór też istniał, ale nadal był w nim porządek.
Zostawiam Was więc z modą, która właściwie musi się podobać. Gdy moda była małym dziełem sztuki ichyba właśnie za to lubię ją najbardziej.
W stylu Grace Kelly:
http://sampleboard.wordpress.com/2012/05/12/how-2-capture-some-grace-kelly-style/
http://www.creativesalvage.com/2010/04/16/grace-kelly-style-icon/
FAQ - moda lat 50. jako podsumowanie
Co noszono w latach 50.?
W latach 50. noszono przede wszystkim rozkloszowane sukienki, spódnice z zaznaczoną talią, eleganckie garsonki, ołówkowe spódnice, kardigany, twinsety, rękawiczki, kapelusze i klasyczne czółenka. W modzie codziennej pojawiały się też bardziej swobodne fasony, takie jak poodle skirts, letnie sukienki, spodnie capri czy prostsze dzianinowe zestawy. To była dekada, w której elegancja nadal była normą, ale pod koniec lat 50. coraz mocniej było już widać lżejsze i młodsze podejście do ubioru.
Jak wyglądała moda damska lat 50.?
Moda damska lat 50. skupiała się na podkreśleniu kobiecej sylwetki. Najbardziej charakterystyczne były wąska talia, rozbudowany dół sukienki albo spódnicy, dopracowane dodatki oraz staranne fryzury i makijaż. Duże znaczenie miała linia New Look Christiana Diora, ale obok pełnych spódnic pojawiały się też węższe fasony, dopasowane sukienki i bardziej proste garsonki. Całość była bardzo spójna - ubranie, włosy, makijaż i dodatki miały tworzyć jeden wyraźny obraz elegancji.
Jak ubrać się w stylu lat 50.?
Najprościej zacząć od fasonu. Sukienka lub spódnica z podkreśloną talią i bardziej rozkloszowanym dołem od razu daje klimat lat 50. Do tego można dodać kardigan, kocie okulary, małą torebkę, klasyczne czółenka albo pasek w talii. Jeśli ktoś chce iść krok dalej, warto dołożyć makijaż z kreską i czerwonymi ustami oraz fryzurę z miękkimi falami. Nie trzeba odtwarzać całej dekady jeden do jednego. Czasem wystarczy jeden dobrze dobrany element, żeby styl lat 50. był czytelny, ale nadal wyglądał współcześnie.
Czy moda lat 50. pasuje do współczesnej szafy?
Tak, i to bardziej, niż może się wydawać. Wiele fasonów inspirowanych latami 50. wciąż dobrze działa na sylwetkę i łatwo łączy się z nowoczesnymi ubraniami. Rozkloszowana sukienka, spódnica z wysokim stanem, klasyczny kardigan czy retro okulary nie wyglądają dziś przebierankowo, jeśli są dobrze zestawione. Właśnie dlatego moda lat 50. tak często wraca - jest wyrazista, kobieca i wyjątkowo łatwa do odczytania.
osobiście bardzo lubię styl tamtych lat, niezwykle szykowne i eleganckie kreacje, podkreślające to, co podkreślone być powinno ;)i kapelusze! :) natomiast jeśli chodzi o Polskę, uwielbiam słuchać opowieści mamy i babci o spódnicach szytych na zamówienie lub o tych spod lady w Pewexie :)
OdpowiedzUsuńpozdrawiam
www.zyciejakpomarancze.blogspot.com
Moja babcia zawsze miło wspomina lata 50-te :) A dla mnie stroje z tamtego okresu są po prostu super, ta wąska talia i spódnice...
OdpowiedzUsuń