Main character energy miało być o odzyskaniu sprawczości. Internet oczywiście musiał dopisać do tego kadr, playlistę, estetykę i potrzebę, żeby ktoś kliknął serduszko.
Na początku ten trend brzmi całkiem rozsądnie. Przestań czekać, aż ktoś Cię wybierze. Nie odkładaj życia na moment, w którym będziesz szczuplejsza, odważniejsza, ciekawsza albo bardziej gotowa. Idź sama do kina. Załóż sukienkę bez okazji. Zrób zdjęcie, bo chcesz zapamiętać dzień, a nie dlatego, że potrzebujesz dowodu dla ludzi z internetu.
Schody zaczynają się tam, gdzie z odzyskiwania własnego życia robisz przedstawienie. Główna bohaterka już nie żyje bardziej po swojemu. Ona ma wyglądać, jakby żyła bardziej po swojemu. Ma mieć nową energię, nowy rozdział, nowe zdjęcie profilowe i kilka osób w komentarzach, które potwierdzą, że faktycznie promienieje.
Właśnie wtedy zaczynam się zastanawiać, czy main character energy nadal mówi o sprawczości, czy już wciąga nas w narcystyczną pułapkę w ładnym płaszczu.
Main character energy - internetowy trend czy narcystyczna pułapka?
Nie mam problemu z tym, że ludzie chcą czuć się ważni we własnym życiu. Dużo kobiet przez lata słyszało, że mają być miłe, dopasowane, cierpliwe, niewymagające i wdzięczne za minimum. W takim kontekście hasło o byciu główną bohaterką potrafi działać jak mały bunt.
Nie przepraszaj za obecność. Nie zmniejszaj się dla cudzej wygody. Nie czekaj, aż ktoś wreszcie zauważy, że masz potrzeby. Taki komunikat może komuś naprawdę pomóc.
Gorzej, gdy zdrowe postawienie siebie w centrum zmienia się w obsesję na punkcie własnej osoby. Można przestać być statystką we własnym życiu, ale można też uznać, że wszyscy inni mają grać statystów w naszym.
Pierwsze pozwala usiąść za kierownicą. Drugie robi z ludzi rekwizyty: ktoś ma klaskać, ktoś ma przeszkadzać, ktoś ma odegrać czarny charakter, żeby nasza przemiana wyglądała bardziej dramatycznie.
Kiedy bycie główną bohaterką zaczyna robić się podejrzane?
Najprostszy test brzmi: czy w tej historii zostawiasz miejsce na innych ludzi?
Jeżeli main character energy pomaga Ci mówić nie, wychodzić z relacji, które Cię niszczą, przestać przepraszać za swoje potrzeby i brać odpowiedzialność za własne decyzje - dobrze. Podpisuję się pod tym.
Jeżeli jednak każdy człowiek staje się dla Ciebie albo fanem, albo przeszkodą, robi się ślisko.
Przyjaciółka nie ma gorszego dnia, tylko ma złą energię. Partner nie ma własnych potrzeb, tylko ogranicza Twój rozwój. Rodzina nie ma swoich lęków, tylko blokuje Twój blask. Ludzie, którzy nie reagują zachwytem, zostają zapisani jako zazdrośni, toksyczni albo niewystarczająco wspierający.
Tak bardzo łatwo pomylić sprawczość z egocentryzmem. Zwłaszcza gdy internet cały czas podpowiada, że każda niewygoda daje sygnał, żeby odciąć ludzi i wejść w nową erę.
Nie każda granica jest oświeceniem
Granice są potrzebne. Bez nich człowiek robi się miękkim meblem do cudzych potrzeb.
Ale internetowa wersja granic czasem przypomina miecz, którym macha się przy każdej niewygodzie. Ktoś ma inne zdanie? Granica. Ktoś czegoś od Ciebie potrzebuje? Granica. Ktoś mówi, że go zraniłaś? Granica. Ktoś nie zachwyca się Twoją przemianą? Granica.
Tylko że granice nie służą do tego, żeby nie słyszeć żadnej krytyki. Nie dają też immunitetu od odpowiedzialności za własne zachowanie.
Możesz wybrać siebie i nadal przeprosić. Możesz mieć swoje potrzeby i nadal zauważać cudze. Możesz odejść z relacji i nie robić z drugiej osoby czarnego charakteru tylko dlatego, że Wasza historia nie wyszła.
Własny głos nie musi zagłuszać wszystkich wokół.
Romantyzowanie życia też może stać się autopromocją
Romantyzowanie codzienności jest przyjemne. Sama lubię ten pomysł. Ładna kawa, spacer, zapach perfum przed wyjściem, muzyka w słuchawkach, drobny rytuał, który wyciąga dzień z automatu.
Ale romantyzowanie życia bardzo łatwo przechodzi w reżyserowanie siebie pod cudze spojrzenie.
Kupujesz kwiaty dla siebie, a potem przez pięć minut ustawiasz je przy oknie, bo światło jest lepsze. Idziesz sama na kawę, ale połowę spotkania spędzasz na robieniu zdjęcia stolika. Bierzesz książkę do parku, ale bardziej niż rozdział interesuje Cię to, czy okładka pasuje do koca.
Niby wybierasz siebie, a jednak cały czas myślisz o tym, kto to zobaczy.
Najdziwniejsze w tej pułapce jest to, że można wyglądać bardzo niezależnie i nadal być kompletnie zależną od cudzej reakcji.
Główna bohaterka potrzebuje publiczności?
Najbardziej podejrzany fragment trendu pojawia się tam, gdzie każda przemiana musi zostać pokazana.
Nowa fryzura, nowa energia, nowe granice, nowe ciało, nowy sposób mówienia i nowe zdjęcie w lustrze zaczynają układać się w gotowy format. Człowiek niby się zmienia, ale od razu sprawdza, jak tę zmianę opowiedzieć.
Rozumiem pokusę. Publiczne pokazanie zmiany daje szybką nagrodę. Ktoś kliknie serce. Ktoś napisze, że promieniejesz. Ktoś zauważy, że wyglądasz inaczej. Przez chwilę dostajesz potwierdzenie, że Twoja przemiana istnieje.
Pytanie brzmi: czy istnieje też wtedy, gdy nikt jej nie widzi?
Jeżeli każda zmiana potrzebuje świadków, łatwo wejść w dziwną zależność. Niby wybierasz siebie, ale nadal czekasz, aż inni potwierdzą, że zrobiłaś to dobrze.
Era influencerów zrobiła z życia format
Nie da się mówić o main character energy bez influencerów. Ten trend wyrósł w świecie, w którym można pociąć życie na ujęcia, podpisać piosenką i sprzedać jako nastrój.
Poranek może być formatem. Rozstanie może być formatem. Samotność może być formatem. Odbudowywanie siebie po trudnej relacji może być formatem. Nawet pójście po kawę może wyglądać jak scena z kampanii o kobiecie, która właśnie odzyskała kontrolę nad losem.
Nie twierdzę, że każda osoba wrzucająca ładny filmik udaje. Estetyka czasem pomaga uchwycić coś ważnego. Najgorzej, gdy bierzesz cudzy format i przykładasz go do własnego życia jak linijkę.
Skoro ona wygląda pięknie w swojej przemianie, moja też powinna wyglądać pięknie. Skoro ona po rozstaniu ma glow up, ja też powinnam. Skoro ona w samotności pije kawę na balkonie i wygląda jak po kampanii perfum, ja też powinnam umieć tak cierpieć.
A przecież przemiana często wygląda jak spuchnięta twarz, trzy dni w tej samej bluzie i zapominanie, czy dziś był obiad.
Narcystyczna pułapka: kiedy każdy ma podziwiać Twoją drogę
Najgorsza wersja main character energy mówi: jestem główną bohaterką, więc moje emocje, cele, rana i przemiana stoją na środku pokoju, a wszyscy mają chodzić wokół nich ostrożnie.
Na początku może to brzmieć jak leczenie po latach bycia pomijaną. Tylko że można wyjść z niewidzialności i od razu wpaść w potrzebę ciągłego bycia oglądaną.
Wtedy zaczynasz układać życie w sceny, w których inni mają reagować odpowiednio. Mają zauważyć zmianę. Mają kibicować. Mają rozumieć. Mają nie przeszkadzać. Mają nie zadawać zbyt niewygodnych pytań. Mają zaakceptować Twoją wersję wydarzeń.
A gdy nie akceptują, dostają rolę ludzi, którzy nie wspierają Twojej energii.
Taki układ nie daje wolności. Nadal zależysz od cudzych reakcji, tylko używasz ładniejszych słów.
Main character energy a kultura ciągłego ulepszania siebie
Ten trend idealnie klei się z kulturą wiecznego poprawiania siebie. Masz być bardziej świadoma, bardziej pewna siebie, bardziej atrakcyjna, bardziej obecna, bardziej odważna, bardziej niezależna, bardziej magnetyczna.
Nawet bycie sobą zaczyna wyglądać jak zadanie.
Masz znaleźć swój styl, swoje wartości, swoją energię, swój rytuał, swoją estetykę, swoje cele i swoją nową wersję. Brzmi ładnie, dopóki nie orientujesz się, że znowu zostałaś projektem do dopracowania.
Presja poprawiania siebie bardzo rzadko mówi wprost, że nas nie lubi. Ona zwykle udaje troskę.
Wybieranie siebie nie powinno oznaczać braku empatii
Najlepsza wersja tego trendu przypomina, że nie musisz znikać z własnego życia. Najgorsza robi z tego wygodne usprawiedliwienie, żeby nie liczyć się z nikim poza sobą.
Możesz wybierać siebie i nadal być czuła. Możesz chronić swoje granice i nadal nie traktować ludzi jak problemu do usunięcia. Możesz mieć swoje ambicje i nadal pamiętać, że inni też mają życie, lęki, zmęczenie i własne scenariusze, których nie widzisz.
Zdrowa sprawczość nie robi z Ciebie centrum wszechświata. Przestaje tylko sadzać Cię pod ścianą, gdzie masz być cicho, miło i wygodnie dla wszystkich.
Samotne kino nie zrobi za Ciebie całej roboty
Lubię małe gesty niezależności. Samotna kawa, samotne kino, samotna podróż i spacer bez czekania, aż ktoś będzie miał czas, potrafią przesunąć coś w głowie.
Ale same gesty nie wystarczą, jeśli nie zmienia się sposób myślenia.
Możesz siedzieć sama w kinie i dalej obsesyjnie sprawdzać, czy ktoś zauważy Twoją niezależność. Możesz pojechać solo do innego miasta i cały dzień robić relacje, żeby nikt nie pomyślał, że jesteś samotna. Możesz kupić kwiaty dla siebie i wrzucić je w internet z nadzieją, że ktoś napisze: kocham tę energię.
Wtedy samotność nadal nie należy do Ciebie. Nadal wystawiasz ją na ocenę.
Kiedy trend pomaga?
Nie chcę robić z main character energy wroga. W dobrej wersji ten trend może przypomnieć, że nie musisz czekać na zaproszenie do własnego życia.
Może zachęcić do wyjścia z relacji, w której ciągle zmniejszasz swoje potrzeby. Może dodać odwagi osobom, które od lat boją się zrobić cokolwiek same. Może być pierwszym językiem dla sprawczości, zanim znajdziemy lepszy.
Internetowe hasła często są uproszczone, ale czasem człowiek potrzebuje prostego zdania, które wbije się w głowę i zacznie pracować.
Nie przeszkadza mi sam skrót myślowy. Przeszkadza mi dopiero wtedy, gdy trend przestaje wspierać życie, a zaczyna je reżyserować.
Kiedy trend szkodzi?
Trend szkodzi wtedy, gdy każdy dzień staje się sceną, a Ty zaczynasz grać samą siebie.
Szkodzi, gdy oceniasz relacje wyłącznie przez to, czy pasują do Twojej nowej wersji życia. Szkodzi, gdy każdą krytykę traktujesz jak atak na swoją energię. Szkodzi, gdy przestajesz odróżniać wybieranie siebie od braku odpowiedzialności za innych.
Szkodzi też wtedy, gdy zaczynasz mieć poczucie, że poranek bez rytuału się nie liczy, samotny spacer bez zdjęcia nie miał tej energii, a gorszy dzień oznacza porażkę w byciu główną bohaterką.
Życie nie musi cały czas wyglądać jak scena. Większość życia wygląda jak kuchnia po śniadaniu, pranie na suszarce, rachunek do zapłacenia, niewyspanie i wiadomość, na którą nie wiadomo, co odpisać.
W tym też trzeba umieć być sobą.
Moja granica: sprawczość tak, kult siebie nie
Moja granica jest dość prosta: wybieranie siebie ma sens, dopóki nie zaczyna wymagać pogardy dla innych ludzi.
Możesz odzyskać głos i nadal słuchać. Możesz postawić granicę i nadal wziąć odpowiedzialność za własne zachowanie. Możesz romantyzować codzienność i nie robić z każdej kawy dowodu na własną wyjątkowość.
Samotna kawa, solo podróż, nowa sukienka, odważniejsza decyzja, wyjście z relacji, własny plan - wszystko to może być piękne. Pod warunkiem, że nie zamieniasz siebie w produkt, a innych w widownię.
Może nie chodzi o bycie główną bohaterką
Może lepsze pytanie nie brzmi: jak zostać główną bohaterką?
Może lepsze pytanie brzmi: gdzie oddałam decyzje o własnym życiu?
W tym jest mniej pozy, a więcej prawdy. Nie musisz błyszczeć. Nie musisz wyglądać jak dziewczyna z rolki nagranej o 7:12 przy idealnym świetle. Nie musisz robić z własnej środy serialu o kobiecie, która właśnie odzyskała kontrolę nad życiem.
Wystarczy zauważyć, gdzie za długo czekasz na pozwolenie. Gdzie milczysz, choć wiesz, co myślisz. Gdzie grasz wygodną wersję siebie. Gdzie robisz rzeczy bardziej pod obraz niż pod własne życie.
Sprawczość nie zawsze wygląda jak scena z filmu. Czasem wygląda jak spokojne zdanie: tego już nie chcę. Czasem jak wiadomość, której długo nie umiałaś wysłać. Czasem jak weekend bez relacji na Instagramie.
Czasem wygląda też jak rezygnacja z potrzeby, żeby ktoś uznał Twoją zmianę za ciekawą.
Part II, czyli mniej sceny, więcej życia
Po pierwszej części, w której pisałam o romantyzowaniu życia, nadal uważam, że main character energy może być dobrym skrótem myślowym. Szczególnie dla osób, które przez lata żyły jako dodatek do cudzych oczekiwań.
Po tej drugiej części dodałabym jednak gwiazdkę: uważaj, żeby odzyskiwanie siebie nie zmieniło się w niekończące się oglądanie siebie.
Nie chodzi o to, żeby wszyscy patrzyli, jak wreszcie żyjesz. Chodzi o to, żebyś nie musiała robić relacji z własnej przemiany, zanim jeszcze sprawdzisz, czy ta przemiana w ogóle Ci służy.
Nawet wtedy, gdy nikt tego nie widzi, nie komentuje i nie potwierdza, że ten rozdział dobrze wygląda.
A Ty gdzie widzisz granicę między sprawczością a narcystyczną pułapką?
Brak komentarzy :
Prześlij komentarz