Włączyłam Dziennik Bridget Jones w poszukiwaniu czegoś na odmóżdżenie, a trochę z sentymentu, który każe mi raz po raz wracać do rzeczy znanych. Wiadomo, weekend, więc potrzebowałam czegoś, żeby było lekko i przyjemnie. Aahgrrr i wyszło jak zwykle z moim złośliwym mózgiem: zamiast Netflixa w tle do sprzątania dostałam punkty do swojego życia i kolejny powód do blogowej refleksji.
Bridget Jones i pierwsze sezony Seksu w Wielkim Mieście kiedyś oglądałam jak coś głupkowatego i wymyślnego. Problemy, za przeproszeniem, z 4 liter. Kobiety po 30 i ich dziwne perypetie.
Teraz siedzę coraz bliżej, prawie że w środku tej historii i trudno mi udawać, że 30 na liczniku to tylko liczba. Niestety dla mnie to też zmiana w mojej głowie.
Aż wreszcie dotarło do mnie:
NOSZ KURNA..., TO JA JESTEM BRIDGET I CARRIE!
Mój wewnętrzny głos: - dobra no, ale czemu tak uważasz?
Zacznijmy od faktów: obie bohaterki mają poukładane życie w wersji, którą łatwo uznać za dobre: praca, znajomi, mieszkanie, jakaś codzienność, która się trzyma i to nawet dobrze. Problem zaczyna się tam, gdzie kończy się pozornie fajna życiowa checklista osiągnięć, a pojawia się lista tych braków. Głównym problemem bohaterek serialu jest wiek. Eh 😏
Zauważyliście, że nie istnieje męski odpowiednik Sex and the City ani Bridget Jones. Warto się nad tym zastanowić… Faceci w ogóle tego problemu nie mają!
30+ i moment, w którym zaczyna się zgrzyt
Dlaczego magiczna liczba tak nagle nas kobiety uderza?
Pamiętam, kiedyś Bridget była dla mnie przesadzona, trochę żałosna, trochę zabawna — w końcu to komedia, a nie dokument. Teraz widzę w niej kogoś, kto bardzo konsekwentnie próbuje ogarnąć życie według reguł, które ktoś inny napisał. Każdy jej ruch to próba dopasowania się do oczekiwań: wygląd (naprawdę ona była „gruba”???), związek, stabilizacja. Z zewnątrz wygląda to chaotycznie, ale Bridget w środku walczy o siebie: ciągłe liczenie, poprawianie, kontrolowanie.
U Carrie wygląda to trochę lepiej, bo opakowanie jest lepsze. Ona ma cięty język felietonistki, styl, otacza się środowiskiem modowym, kontakty, wyższe sfery, względne luksusowe życie. Jest silną niezależną kobietą i ma z pozoru życie na swoich zasadach. Tyle że przyglądasz się głupiutkiemu serialowi i widzisz całkiem niegłupi mechanizm: kręcenie się wokół związków, które nie są stabilne, i ciągłe negocjowanie własnej wartości w oparciu o coś bardzo kruchego: szukanie relacji w wieku 30+.
Etap pomiędzy, którego nikt nie chce nazywać
Najbardziej uwiera ten etap pomiędzy. Masz 30 lat i 30 plus. Nie studiujesz, nie jesteś już na starcie życia, ale nikt nie nazwie Cię "młodą dorosłą" ani też osobą "ustawioną" w życiu.
Przykładowo: Carrie ma drogie buty (słynne Manolo Blahnik) i markowe ubrania (Chanel, Dior etc.), ale widzimy, że nie stać jej na zakup mieszkania w Nowym Jorku. Nie ma oszczędności i możemy się domyślać, że jako freelancerka nie jest atrakcyjnym klientem banku.
Ten etap życia jest na maksa niewygodny.
➼ Facet? Spędziłaś swoją 20-kę w związku lub związkach, by po 10 latach odkryć, że Twój chłopak się do małżeństwa nie nadaje, lub nie daj Boże, już pierwszy rozwód za Tobą.
➼ Praca? Przeciętna. Jest czasem lepsza, czasem gorsza, ale przy obecnej atmosferze rynkowej dobrze, że jest.
➼ Kasa? Oszczędzasz oszczędzasz i jak dobrze pójdzie, to może wreszcie się do czegoś nachapiesz. Może nawet bank uzna Cię za godną kredytu hipotecznego.
Jeśli na wcześniejszym etapie nie zbudowałaś kariery i/lub związku, trwałej relacji, nie znalazłaś swojego celu w życiu, zostajesz z czymś, co wygląda dobrze z daleka, a z bliska wymaga ciągłego tłumaczenia: i sobie, i innym.
Dla mnie i Sex and the City, i Dziennik Bridget Jones to miały być lekkie historie o randkach i pomyłkach na girls night. Teraz widzę napięcie, które nie ma nic wspólnego z komedią. Chodzi mi o czas, w którym wszystko już chciałoby się mieć uporządkowane, bliską relację, a jednak wciąż coś nie jest domknięte w życiu.
A jak u Was? Czy magiczna liczba 30 coś zmienia, przeraża a może cieszy?

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz