Design.Me Hair moja opinia

Małe testowanie nowości. Kupiłam ten zestaw Design.Me Hair trochę z ciekawości, a trochę jako mini challange. Widziałam wcześniej sporo zachwytów w sieci i uznałam, że najlepiej będzie sprawdzić to na własnych włosach. Produkty trafiły do mnie podczas mojej wizyty w UK zamówione do kumpeli z drogerii, więc od razu miałam ochotę je przetestować bez wielkich oczekiwań i bez dopisywania tej marce legendy, na którą jeszcze nie zapracowała.

Zestaw kosmetyków Design.Me Hair kupiony w UK

Po kilku tygodniach używania mam już o nich swoje zdanie. Wyglądają dość tanio patrząc na opakowanie, więc nie są to kosmetyki, które stoją ładnie na półce i robią za dekorację, ale są dość ciekawe. Każdy z nich faktycznie robi coś innego i właśnie dlatego ten zestaw wyjątkowo mi się udał.

Fab.Me - lekka odżywka bez spłukiwania

Na początek Fab.Me, czyli produkt nazwany przez markę matką wszystkich kuracji do włosów. Kosztował 14,95 funta, czyli w przeliczeniu około 75 zł. Brzmi dość drogo i do tego opis ma ambitny, bo ma rozczesywać, nawilżać, wygładzać, wzmacniać, chronić przed wysoką temperaturą i jeszcze ograniczać łamliwość oraz problem rozdwojonych końcówek.

Brzmi na zdecydowanie za dużo obietnic w jednej butelce, ale akurat tutaj sporo z tego się zgadza. Używam go głównie na długości i końcach, bo to właśnie tam moje włosy najszybciej pokazują cały rachunek za rozjaśnianie. Teraz wróciłam do ciemniejszego koloru, bliższego naturalnemu, ale włosy po takich przygodach pamiętają wszystko i nie da się tego oszukać.

Fab.Me dobrze ogarnia ten etap, kiedy włosy nie są jeszcze tragedią, ale już zaczynają iść w stronę przesuszenia, plątania i matowości. Po nim łatwiej je rozczesać, końcówki wyglądają lepiej i całość nie sprawia wrażenia zmęczonej. Nie zrobi zniszczonych włosów nowych, ale wyraźnie poprawia komfort ich noszenia i stylizacji.

Jeśli interesuje Cię bardziej świadome podejście do pielęgnacji, to podobny sposób myślenia pojawia się też przy koreańskiej pielęgnacji, gdzie liczy się nie jeden cudowny kosmetyk, tylko sensowna rutyna i dobrze dobrane etapy.

Fab.Me od Design.Me Hair - mgiełka bez spłukiwania

PowerDry.Me skraca suszenie

Drugi kosmetyk z tej trójki to PowerDry.Me, również w cenie 14,95 funta, czyli około 75 zł. Producent obiecuje skrócenie czasu suszenia nawet o 50 procent i zazwyczaj przy takich hasłach przewracam oczami, bo marketing lubi żyć własnym życiem. Tutaj jednak różnica jest zauważalna już po kilku użyciach.

Włosy po tym produkcie szybciej schną i mniej się puszą. Nie będę udawać, że nagle suszarka staje się zbędna, ale cała stylizacja trwa krócej, a to przy regularnym używaniu ciepła ma znaczenie. Im mniej czasu spędzasz z gorącym nawiewem przy głowie, tym lepiej dla włosów.

To kosmetyk szczególnie sensowny dla osób, które faktycznie suszą włosy po niemal każdym myciu. Jeśli robisz to rzadko, jego potencjał może się zwyczajnie marnować. U mnie sprawdził się dobrze, bo wróciłam do częstszego modelowania i wolę mieć coś, co choć częściowo ogranicza szkody.

Przy okazji takich testów zawsze wracam do myśli, że kondycja włosów nie bierze się wyłącznie z kosmetyków. Znaczenie ma też to, jak jesz i czy organizm dostaje to, czego potrzebuje. Pisałam już o tym przy okazji tekstu o pełnowartościowym białku roślinnym, bo wygląd skóry, paznokci i włosów nie bierze się znikąd.

Puff.Me - najmniejszy produkt, a daje największy efekt

Na końcu zostawiłam Puff.Me, który kosztował 9,95 funta, czyli około 50 zł. I właśnie ten produkt polubiłam najbardziej. Mam cienkie włosy, więc objętość to nie jest u mnie bonus, tylko temat do ciągłego kombinowania. Przerobiłam już różne pudry unoszące włosy u nasady, zwykle w klasycznej formie z dozownikiem, który łatwo przesadzić.

Tutaj dostajemy spray i to jest dużo wygodniejsze. Wystarczy kilka psiknięć przy nasadzie, chwila ugniatania palcami i włosy nagle przestają wyglądać, jakby miały własne problemy egzystencjalne. Jest więcej odbicia, więcej objętości i fryzura nie opada tak szybko.

Najlepsze w Puff.Me jest to, że nie trzeba go dokładać co chwilę. Kiedy włosy lekko klapną, wystarczy przeczesać je palcami i znowu odbijają się od nasady. Przy cienkich włosach to robi sporą różnicę, bo zwykle efekt jest świetny przez chwilę, a potem wszystko wraca do punktu wyjścia.

Jeśli lubisz testować kosmetyki, które faktycznie zmieniają efekt stylizacji, a nie tylko ładnie pachną, to podobny klimat łapania drobnych różnic pojawia się też w tekstach o składnikach w kosmetykach do pielęgnacji. Im dłużej człowiek siedzi w tym temacie, tym mniej wierzy w ładne etykiety, a bardziej patrzy na działanie.

Czy kupiłabym je drugi raz?

Tak, ale nie w ciemno całej trójki naraz.

Najchętniej wróciłabym do Puff.Me, bo daje najszybszy i najbardziej widoczny efekt. Fab.Me też uważam za bardzo sensowny produkt, szczególnie jeśli końcówki potrzebują wsparcia i nie chcesz ich stale obcinać. PowerDry.Me ma sens wtedy, gdy suszarka jest częścią Twojej rutyny, a nie awaryjnym sprzętem wyciąganym raz na dwa tygodnie.

Kosmetyki Design.Me Hair po testach - zestaw Fab.Me, PowerDry.Me i Puff.Me

Lubię ten zestaw za to, że jest dość skuteczny. Nie ma tu cudu w butelce ani przemiany włosów rodem z reklamy. Są za to trzy produkty, które robią proste rzeczy, które obiecują i robią je dobrze. Przy takich cenach kupionych w UK uważam, że to bardzo uczciwa relacja jakości do ceny.

Marka jest dostępna w Sally Beauty online i stacjonarnie oraz na Amazonie, więc jeśli trafisz na nią podczas zakupów w UK, to warto chociaż rzucić okiem. Zwłaszcza jeśli Twoje włosy lubią objętość, wygładzenie i trochę pomocy po farbowaniu.

Słyszałaś o marce Design.Me Hair? A jeśli testowałaś już coś z Design.Me Hair, to jestem ciekawa, czy miałaś podobne wrażenia? 

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz