Pewność siebie długo kojarzyła mi się z osobami, które wchodzą do pokoju i od razu wiedzą, gdzie usiąść, co powiedzieć i jak spojrzeć na innych, żeby nikt nie miał wątpliwości, kto tu trzyma ster. Trochę filmowa scena. Trochę LinkedIn po trzeciej kawie. Trochę Beyonce wychodząca na scenę, tylko że ja akurat stoję w kolejce w Rossmannie i zastanawiam się, czy nie za długo wybieram szampon.
Im dłużej o tym myślę, tym bardziej widzę, że pewność siebie nie ma wiele wspólnego z głośnym wejściem, ciętą ripostą i wiecznym przekonaniem, że człowiek ma rację. Dla mnie coraz częściej oznacza spokojniejsze zdanie o sobie. Takie, które nie rozpada się tylko dlatego, że ktoś mnie skrytykuje, coś mi nie wyjdzie albo przez pięć minut czuję się jak ostatnia osoba zaproszona do rozmowy.
Najbardziej męczy mnie ten mit, że pewność siebie oznacza brak strachu. Gdyby tak było, większość ludzi musiałaby od razu wypisać się z życia. Strach pojawia się przed rozmową o pieniądzach, przed zmianą pracy, przed pierwszym treningiem, przed randką, przed powiedzeniem nie, przed wyjściem na zdjęciu bez ustawiania twarzy przez kwadrans. Pewność siebie nie polega na tym, że strach znika. Raczej na tym, że człowiek przestaje traktować strach jak zakaz wjazdu.
Zapamiętaj: pewność siebie NIE jest arogancją
Największy problem z pewnością siebie polega na tym, że wiele osób myli ją z arogancją. Arogancka osoba musi coś udowodnić. Musi podbić głos, zgasić kogoś w rozmowie, wejść z miną prezesa własnego ego. Pewna siebie osoba nie musi robić przedstawienia. Nie musi nikogo pomniejszać, żeby samej wyglądać lepiej.
Za każdym razem, gdy ktoś mówi, że nie chce być zbyt pewny siebie, mam ochotę zapytać: czego konkretnie się boisz? Że zaczniesz traktować ludzi z góry? Że przestaniesz słuchać? Że nagle zamienisz się w człowieka, który mówi tylko o sobie i swoich sukcesach? Spokojnie. Jeżeli już masz taką refleksję, jesteś raczej daleko od tego problemu.
Zdrowa pewność siebie nie odbiera empatii. Nie zabiera pokory. Nie każe wchodzić na stół i ogłaszać, że od dziś wszyscy mają słuchać twojej prawdy objawionej. Daje raczej przyjemne poczucie, że mogę zająć swoje miejsce. Nie większe niż inni, ale też nie mniejsze.
Najpierw trzeba siebie trochę poznać
Nie da się budować pewności siebie na pustym haśle: uwierz w siebie. Brzmi ładnie, tylko co dokładnie mam zrobić we wtorek o 16:30, kiedy siedzę po pracy zmęczona, z rozgrzebaną listą zadań i wrażeniem, że inni ogarniają życie lepiej?
Dla mnie pierwszy krok jest mniej efektowny, ale bardziej uczciwy: trzeba sprawdzić, co już mam. Jakie mam mocne strony? W czym jestem dobra? Co robię naturalnie, a czego inni muszą się uczyć? Jakie sytuacje już kiedyś przeżyłam i jednak dałam radę?
Ćwiczenie
Można wziąć kartkę i wypisać rzeczy, które wychodzą. Nie w wersji chciałoby się, tylko konkretnie. Umiem dobrze tłumaczyć trudne rzeczy. Potrafię szybko reagować w kryzysie. Mam dobre oko do szczegółów. Umiem rozmawiać z ludźmi, którzy są spięci. Dotrzymuję słowa. Umiałam wyjść z sytuacji, po której myślałam, że długo się nie podniosę.
Brzmi banalnie, ale wiele osób zna swoje wady w jakości 4K, a zalety ma nagrane kalkulatorem z 2007 roku. O słabościach potrafimy opowiadać od ręki. O mocnych stronach mówimy ciszej, jakby zaraz ktoś miał wystawić nam mandat za zbyt dobre zdanie o sobie.
Jeżeli trudno ci wypisać własne zalety, zapytaj dwie bliskie osoby, za co cię cenią. Tylko nie odbijaj od razu komplementu tekstem, że przesadzają. Przyjmij informację. Zapisz ją. Zobacz, czy przypadkiem ludzie wokół nie widzą w tobie czegoś, czego ty nie chcesz uznać, bo nauczyłaś się, że skromność polega na regularnym umniejszaniu sobie.
Relacja ze sobą jest mniej instagramowa, niż brzmi
Relacja ze sobą brzmi jak hasło z notesu w pastelowej okładce. Łatwo je wyśmiać, dopóki nie zobaczysz, jak traktujesz siebie w trudnej sytuacji.
Popełniasz błąd i co robisz? Mówisz do siebie jak do człowieka, który się uczy, czy jak do pracownika, którego trzeba upokorzyć na zebraniu? Spóźniasz się, nie wyrabiasz, zapominasz, reagujesz za mocno, źle oceniasz sytuację. Naturalne ludzkie rzeczy. Pytanie brzmi, czy po takim dniu potrafisz wrócić do siebie bez wewnętrznego przesłuchania.
Pewność siebie rośnie, kiedy wiem, że nie opuszczę siebie po pierwszym potknięciu. Mogę się wkurzyć. Mogę być rozczarowana. Mogę przyznać, że zawaliłam. Różnica polega na tym, czy robię z błędu dowód na własną beznadziejność, czy materiał do poprawy.
Łatwo być po swojej stronie, kiedy wszystko wychodzi. Prawdziwy test zaczyna się wtedy, gdy coś idzie krzywo. Gdy prezentacja wypada średnio. Gdy ktoś odpisuje chłodno. Gdy ciało wygląda inaczej niż na zdjęciu z wakacji. Gdy plan miał być piękny, a skończyło się pizzą, serialem i poczuciem winy. Pewność siebie nie polega wtedy na udawaniu zachwytu nad sobą. Bardziej na powiedzeniu: dobra, miałam gorszy dzień, ale nadal nie będę traktować siebie jak wroga.
Nie musisz czuć się gotowa, żeby zacząć
Bardzo długo wierzyłam, że najpierw trzeba poczuć pewność, a dopiero potem działać. Najpierw pewność, potem rozmowa. Najpierw pewność, potem projekt. Najpierw pewność, potem zdjęcie, wyjazd, trening, zmiana, decyzja.
Problem w tym, że pewność siebie najczęściej pojawia się po działaniu, nie przed nim. Najpierw robisz coś z lekkim ściskiem w żołądku. Później widzisz, że świat nie pękł na pół. Następnym razem ręce trzęsą się trochę mniej. Za trzecim razem nadal nie jesteś królową opanowania, ale masz już w głowie jedno ważne zdanie: przecież ja już kiedyś przez to przeszłam.
Tak buduje się realna wiara w siebie. Nie przez afirmacje wypowiadane do lustra, jeśli człowiek kompletnie w nie nie wierzy. Nie przez czekanie na dzień, w którym obudzisz się jako nowa wersja siebie z idealnie ułożonym planem. Przez małe dowody. Zrobiłam telefon, którego unikałam. Poszłam sama na zajęcia. Powiedziałam, że nie mogę wziąć kolejnej rzeczy na głowę. Poprosiłam o podwyżkę. Wysłałam tekst. Pokazałam projekt. Przeżyłam odmowę.
Każde takie doświadczenie jest cegłą. Niezbyt romantyczną, czasem krzywą, czasem mokrą od stresu, ale nadal cegłą. Z czasem powstaje z tego konstrukcja mocniejsza niż ładne hasło zapisane w planerze.
Strefa komfortu nie musi być wrogiem
Nie lubię opowiadania o strefie komfortu tak, jakby była leniwą kanapą, z której trzeba się brutalnie wykopać. Czasem strefa komfortu jest miejscem, w którym człowiek łapie oddech. Problem zaczyna się, gdy zamienia się w mały pokój bez okien, a my udajemy, że przecież zawsze marzyłyśmy o takim metrażu.
Budowanie pewności siebie wymaga wychodzenia poza znane schematy, ale nie musi oznaczać skoku na główkę do pustego basenu. Można zacząć mało. Naprawdę mało. Odezwać się raz na spotkaniu. Założyć sukienkę, którą trzymasz na okazję, choć okazja od dwóch lat nie przyszła. Pójść na spacer bez makijażu, jeśli dotąd było to dla ciebie nie do przejścia. Powiedzieć w restauracji, że danie przyszło zimne. Dla jednej osoby drobiazg, dla innej Himalaje społeczne.
Pewność siebie lubi powtarzalność. Jednorazowy zryw bywa przyjemny, ale dopiero powtarzanie tworzy nowe przekonanie o sobie. Nie jestem osobą, która tylko planuje. Jestem osobą, która robi małe rzeczy, nawet kiedy czuje opór.
Fałszywa skromność też potrafi być wygodna
W naszej kulturze chwalenie się nadal bywa podejrzane. Lepiej powiedzieć, że jakoś wyszło, miałam szczęście, ktoś pomógł, nic wielkiego. Jasne, kontekst i ludzie mają znaczenie. Nikt nie żyje w próżni. Tylko że czasem pod tym grzecznym pomniejszaniem sukcesu siedzi zwykły lęk przed przyznaniem: tak, zrobiłam dobrą rzecz.
Nie trzeba od razu robić konferencji prasowej na własny temat. Wystarczy przestać kasować siebie ze zdania. Zamiast mówić, że projekt sam się udał, można powiedzieć: dobrze go poprowadziłam. Zamiast udawać, że komplement spadł przez pomyłkę, można odpowiedzieć: dziękuję, dużo nad tym pracowałam. Zamiast śmiać się nerwowo, gdy ktoś docenia twoją wiedzę, można przyjąć, że może faktycznie ją masz.
Pewność siebie nie wymaga wielkich deklaracji. Czasem zaczyna się od tego, że nie odmawiasz sobie prawa do własnej pracy, wysiłku i efektów.
Nie każda krytyka jest wyrokiem
Jednym z największych testów pewności siebie jest reakcja na krytykę. Łatwo mówić, że wierzę w siebie, gdy wszyscy klaszczą. Dużo trudniej utrzymać względny spokój, kiedy ktoś mówi, że coś jest słabe, niedopracowane albo nie dla niego.
Wtedy bardzo łatwo wpaść w dwie skrajności. Pierwsza: totalne zapadnięcie się pod ziemię i uznanie, że jedna uwaga opisuje całą moją wartość. Druga: obrona jak w serialu prawniczym, tylko bez scenarzystów i z gorszym światłem. Żadna z tych reakcji nie daje realnej siły.
Pomaga oddzielenie siebie od efektu. Tekst może wymagać poprawy, ale ja nie jestem błędem w pliku. Prezentacja mogła być słabsza, ale ja nie jestem słabą osobą. Ktoś może nie chcieć ze mną relacji, ale nie oznacza to, że jestem nie do kochania. Brzmi prosto, w praktyce wymaga wielu powtórek.
Stabilniejsza pewność siebie pozwala przyjąć część krytyki, odrzucić część i nie robić z każdej opinii referendum na temat własnej wartości. Czasem ktoś ma rację. Czasem ktoś projektuje swoje frustracje. Czasem feedback jest przydatny, ale podany tak paskudnie, że trzeba go najpierw mentalnie obrać z kolców.
W pracy dochodzi do tego jeszcze jeden temat: sposób mówienia. Możesz mieć świetny pomysł, ale jeżeli stres zjada ci głos, skracasz zdania albo tłumaczysz się, zanim ktoś zdąży cię ocenić, sama odbierasz sobie część siły. Dlatego przy temacie pewności siebie dobrze łączy mi się też książka Mów tak, żeby chcieli słuchać, bo komunikacja bardzo często decyduje o tym, czy ktoś widzi nas jako osobę kompetentną, czy jako kogoś, kto sam nie wierzy w swoje zdanie.
Ciało też ma wpływ na pewność siebie
Nie chcę udawać, że pewność siebie mieszka wyłącznie w głowie. Ciało ma znaczenie. Sen, napięcie, brzuch, cykl, ból, jedzenie, zmęczenie, hormony, wszystko. Trudno czuć się jak pani własnego życia, kiedy człowiek śpi pięć godzin, boli go żołądek, a spodnie cisną tak, jakby miały osobisty konflikt z układem pokarmowym.
Dbanie o ciało nie musi mieć nic wspólnego z karaniem siebie treningiem albo poprawianiem sylwetki pod cudze spojrzenie. Czasem oznacza porządny posiłek, wcześniejsze pójście spać, spacer, rozciągnięcie karku, zdjęcie za ciasnych ubrań, badania, odpoczynek od ludzi. Mało spektakularne rzeczy, które robią więcej dla pewności siebie niż kolejny zakup z kategorii nowa ja od poniedziałku.
Gdy ciało czuje się choć trochę bezpieczniej, łatwiej rozmawiać ze światem. Łatwiej podjąć decyzję. Łatwiej nie brać wszystkiego do siebie. Pewność siebie bywa bardzo przyziemna. Czasem zaczyna się od śniadania i wyspania, a nie od wielkiej przemiany osobowości.
Jak budować pewność siebie na co dzień?
Najbardziej działa mi podejście nudne, ale skuteczne: codziennie zbierać dowody. Nie czekać na przełom, nie robić z pewności siebie projektu z okładką w Canvie, tylko zauważać konkretne sytuacje.
Po trudnym dniu można zapisać trzy rzeczy: co zrobiłam mimo oporu, z czego jestem zadowolona, czego nauczyła mnie dzisiejsza wpadka. Nie trzeba pisać elaboratu. Wystarczy kilka zdań. Mózg często zapamiętuje porażki jak neon nad barem, a sukcesy jak paragon wrzucony do torby. Trzeba mu trochę pomóc.
Dobrze działa też ćwiczenie z dowodami z przeszłości. Kiedy pojawia się myśl, że nie dam rady, można zapytać: kiedy już dałam radę w czymś podobnym? Nie identycznym. Podobnym. Stres przed rozmową? Przecież już kiedyś prowadziłam trudną rozmowę. Lęk przed nowym miejscem? Przecież już kiedyś weszłam gdzieś pierwszy raz. Obawa przed oceną? Przecież już kiedyś ktoś mnie ocenił, a ja żyję i nie rozpadłam się na konfetti.
Kolejna rzecz: przestać trenować w głowie wyłącznie najgorsze scenariusze. Jasne, warto być realistką. Tylko realizm nie polega na tym, że przez godzinę wyobrażam sobie, jak wszyscy patrzą na mnie z politowaniem. Można zadać sobie trzy pytania: co najgorszego może się wydarzyć, co najlepszego może się wydarzyć i co najbardziej prawdopodobnie się wydarzy. Ten trzeci wariant często jest o wiele mniej dramatyczny niż nasz prywatny teatr katastrof.
Pewność siebie nie będzie taka sama wszędzie
Nie wierzę w jedną, stałą, zawsze równą pewność siebie. Możesz czuć się pewnie w pracy, a gubić się w relacjach. Możesz bez problemu prowadzić spotkanie, a stresować się, kiedy masz zatańczyć. Możesz być odważna w podróży, ale mięknąć przy rodzinie. Ludzie nie są jednolitym produktem z etykietą confident girl edition.
Różne obszary życia wymagają różnych doświadczeń. W jednym miejscu masz już dowody, w innym dopiero je zbierasz. Nie ma sensu dokładać sobie wstydu za to, że w każdej sytuacji nie jesteś identycznie odważna. Lepiej zapytać, gdzie moja pewność siebie jest najmocniejsza i co stamtąd mogę przenieść w inne miejsce.
Może w pracy pomaga ci przygotowanie. Może w podróży pomaga ci plan B. Może w rozmowach pomaga ci zapisanie wcześniej trzech zdań. Może przy ciele pomaga ci ubranie, w którym nie walczysz z materiałem. Pewność siebie często nie potrzebuje rewolucji. Potrzebuje dobrego podparcia.
Najważniejsze: nie musisz stać się inną osobą
Najbardziej lubię myśleć o pewności siebie nie jak o zmianie charakteru, ale jak o odzyskiwaniu dostępu do siebie. Nie musisz nagle stać się przebojowa, głośna, ekstrawertyczna, zawsze gotowa do konfrontacji. Nie musisz mówić szybciej, śmiać się głośniej i robić z życia castingu do roli kobiety sukcesu.
Możesz być spokojna i pewna siebie. Wrażliwa i pewna siebie. Cicha i pewna siebie. Możesz mieć tremę i nadal wyjść. Możesz się bać i nadal zadzwonić. Możesz nie znać odpowiedzi i nadal nie traktować tego jak kompromitacji. Możesz mieć gorszy dzień i nadal nie oddawać całej władzy nad sobą jednej emocji.
Pewność siebie buduje się wtedy, gdy przestajesz czekać, aż ktoś da ci pozwolenie. Na odpoczynek. Na zmianę zdania. Na ambicję. Na odmowę. Na dumę. Na widoczność. Na zwykłe zajęcie miejsca przy stole bez tłumaczenia, że przepraszam, ja tylko na chwilę.
Najlepsza wersja pewności siebie, jaką znam, nie krzyczy. Siedzi stabilnie. Wie, że ma zalety i wady. Wie, że czasem wygra, czasem się pomyli, czasem będzie błyszczeć, a czasem wróci do domu z poczuciem, że mogło pójść lepiej. Nadal zostaje po swojej stronie.
Na tym chyba polega największa zmiana. Nie na tym, że już nigdy nie poczujesz niepewności. Raczej na tym, że niepewność przestaje być królową całego pokoju. Może sobie stać w kącie, może gadać swoje, może nawet trochę przeszkadzać. Ty i tak robisz krok. Mały, konkretny, własny.
Brak komentarzy :
Prześlij komentarz