Warsztat: Witalność przez odżywianie

Wzięłam udział w warsztacie Vitality by Nutrition i od razu napiszę, co mnie w nim kupiło: nie było tam tej wellnessowej waty coachingów, od której człowiek ma ochotę przewrócić oczami już po pierwszym slajdzie. Warsztat online, ale wnioski całkiem stacjonarne.

W sumie jeszcze wybrzmiewają we mnie przemyślenia o IBS i samotności, ale ten warsztat fajnie się łączy! Zapraszam do lektury

Vitality by Nutrition warsztat o odżywianiu, energii i zdrowiu jelit

Nie było obietnic, że od jutra każdy będzie budził się jak bohater reklamy suplementu, co spaceruje i skacze. Nie było też straszenia glutenem, cukrem, kawą, nabiałem i życiem w mieście. Nie było atmosfery, w której kanapka zjedzona w biegu staje się dowodem moralnego upadku. Było za to sporo rozmowy o energii, jelitach, koncentracji, stresie i jedzeniu, które ma wspierać ciało w normalnym dniu, a nie udawać religię.

Warsztat prowadziła Jade, naturopatyczna specjalistka od żywienia, pracująca w podejściu whole-person nutrition. Po polsku najuczciwiej nazwałabym to odżywianiem całego człowieka, bo nie chodziło wyłącznie o talerz. Jako "dietetyk" ale i naturo-praktyk uważa, że odżywianie całościowe też o odżywczy sen, zdrowy rytm dnia i cykl tygodnia, stres, używki w tym kawę, nawodnienie, jelita, energię po posiłkach i te wszystkie drobne decyzje podejmowane tak, że wpływają na brzuch i mózg .

O czym był warsztat Vitality by Nutrition?

Najkrócej: o tym, jak jeść, żeby mieć więcej stabilnej energii, lepszą koncentrację i spokojniejszy brzuch, ale bez udawania, że jedzenie naprawia każdy problem świata.

Jade zaczęła od prostego założenia: sposób, w jaki się odżywiamy, wpływa na to, jak działa nasze ciało w ciągu dnia. Na poziom energii. Na skupienie. Na odporność na stres. Na zdrowie jelit. Na to, czy po lunchu dalej jesteśmy ludźmi, czy już tylko kursorem migającym na pustym dokumencie.

Podobało mi się, że nie było w tym tonu kazania. Bardziej rozmowa o mechanizmach. Dlaczego po jednym śniadaniu jesteśmy syci na kilka godzin, a po innym po godzinie szukamy przekąski. Dlaczego kawa na pusty żołądek dla części osób kończy się nerwowością. Dlaczego błonnik nie jest nudnym dodatkiem z ulotki dietetycznej, tylko realnym wsparciem dla jelit. Dlaczego białko przy posiłku może pomagać w sytości i stabilniejszym funkcjonowaniu.

Whole-person nutrition, czyli ciało nie działa w osobnych zakładkach

Najważniejszy wątek warsztatu dotyczył podejścia całościowego. Nie w sensie mistycznym, tylko bardzo praktycznym. Organizm nie ma osobnej szuflady na pracę, osobnej na sen, osobnej na brzuch i osobnej na emocje.

Stres wpływa na apetyt. Sen wpływa na wybory żywieniowe. Jedzenie wpływa na energię. Jelita wpływają na komfort dnia. Kawa wpływa na pobudzenie, ale też na sen, jeśli przesadzimy z ilością albo porą. Wszystko się ze sobą łączy, nawet jeśli bardzo chcielibyśmy mieć ciało działające jak Excel z dobrze opisanymi kolumnami.

Dla mnie to był dobry punkt wyjścia, bo rozmowa o odżywianiu często wpada w skrajności. Albo liczenie wszystkiego do ostatniego grama, albo hasła o słuchaniu ciała, które brzmią ładnie, dopóki ciało nie mówi: chcę trzecią kawę, słodkie i kanapkę o 23:00.

Jade pokazała ten temat rozsądniej. Słuchanie ciała ma sens, ale najpierw trzeba nauczyć się odróżniać sygnał od nawyku. Głód od spadku energii. Zachciankę od zmęczenia. Potrzebę jedzenia od potrzeby przerwy.

Energia nie jest cechą charakteru

Bardzo spodobał mi się fragment o energii, bo mam wrażenie, że w kulturze produktywności energia została potraktowana jak dowód lepszej organizacji. Masz energię, czyli ogarniasz. Nie masz energii, czyli pewnie za mało się starasz.

Warsztat ładnie rozbrajał ten mit. Energia nie bierze się wyłącznie z motywacji. Bierze się też z paliwa. Z regularności. Z tego, czy w posiłkach pojawia się białko, tłuszcz, błonnik i węglowodany, które nie fundują nam przejażdżki kolejką górską.

Była mowa o tym, że posiłek zbudowany tylko na szybkim cukrze może dać chwilowe pobudzenie, ale później łatwo o spadek. Z kolei posiłek bardziej zbilansowany daje większą szansę na stabilność. Nie brzmi to spektakularnie, wiem. Żadnego sekretu starożytnych cywilizacji. Żadnego zakazanego składnika znanego tylko biohackerom z podcastów. Za to brzmi jak coś, co realnie da się zrobić między pracą a życiem.

Jelita były jednym z głównych tematów

Warsztat mocno zahaczył też o zdrowie jelit, co dla mnie jest ważne, bo brzuch potrafi zepsuć dzień szybciej niż mail zaczynający się od czy masz pięć minut.

Jade mówiła o jelitach nie jak o modnym haśle, tylko jak o systemie, który potrzebuje regularnego wsparcia. Pojawił się temat błonnika, różnorodności jedzenia, produktów roślinnych, nawodnienia i tego, że mikrobiota jelitowa lubi powtarzalną troskę bardziej niż jednorazowe zrywy.

Podobało mi się też, że nie padła narracja: zjedz kiszonkę i Twoje życie będzie naprawione. Przy jelitach takie uproszczenia są wyjątkowo irytujące. Jedna osoba po kiszonkach czuje się świetnie, inna wygląda jak balon i żałuje, że zaufała internetowi. Dlatego ważne było podejście oparte na obserwacji siebie, stopniowych zmianach i rozsądku.

Można było dowiedzieć się, dlaczego błonnik ma znaczenie, dlaczego różnorodność produktów roślinnych wspiera bakterie jelitowe i dlaczego jelita nie powinny być traktowane jak dodatek do tematu energii. Brzuch nie jest dodatkiem. Brzuch potrafi przejąć cały dzień.

Kawa, sen i popołudniowy zjazd

Kolejny ważny temat: kawa. Czyli rzecz, o której wiele osób mówi z czułością większą niż o własnych postanowieniach noworocznych.

Warsztat nie demonizował kawy, za co duży plus. Kawa sama w sobie nie jest wrogiem. Problem zaczyna się, gdy kawa zastępuje śniadanie, przerwę, sen, nawodnienie i kontakt z rzeczywistością. Wtedy przestaje być przyjemnym rytuałem, a zaczyna być protezą energii.

Była mowa o tym, że kofeina działa różnie u różnych osób i może wpływać na sen, zwłaszcza jeśli pijemy ją późno albo w dużych ilościach. Ten fragment był dla mnie bardzo praktyczny, bo łatwo mówić: pij mniej kawy. Trudniej zapytać: po co właściwie sięgam po kolejną kawę? Bo lubię smak? Bo jestem zmęczona? Bo nie jadłam sensownego śniadania? Bo próbuję przepchnąć dzień siłą?

Takie pytania są ciekawsze niż kolejny zakaz.

Co konkretnie można było z tego wynieść?

Dla mnie najważniejsze były nie wielkie hasła, tylko małe, praktyczne rzeczy do sprawdzenia od razu.

Po pierwsze: budowanie posiłku wokół stabilnej energii. Nie tylko co ma mało kalorii, ale co mnie naprawdę nasyci. Czy mam w posiłku białko. Czy mam źródło błonnika. Czy mam tłuszcz. Czy jem coś, co pomoże mi działać przez kolejne godziny, czy tylko uciszy głód na krótko.

Po drugie: obserwacja reakcji po jedzeniu. Nie obsesyjna, nie w aplikacji z piętnastoma wykresami, tylko normalna. Po czym mam energię? Po czym chce mi się spać? Po czym brzuch jest spokojny? Po czym czuję ciężkość? To są dane. Bardzo osobiste, ale nadal dane.

Po trzecie: myślenie o jelitach przez codzienność, nie przez pojedynczy produkt. Jedna sałatka nie zbuduje zdrowia jelit. Jeden gorszy posiłek go nie zniszczy. Liczy się powtarzalność, różnorodność i to, czy organizm dostaje warunki do pracy.

Po czwarte: kawa i sen są częścią rozmowy o jedzeniu. Nie da się mówić o energii, udając, że noc nie istnieje. Jeśli śpimy słabo, a potem próbujemy naprawić dzień kawą i przypadkowym jedzeniem, ciało po jakimś czasie wystawia odmawia współpracy.

Science based

Najbardziej doceniłam to, że warsztat był science based, ale nie brzmiał jak wykład, na którym boisz się zadać pytanie o zwykłą kanapkę z margaryną.

Jade tłumaczyła mechanizmy prostym językiem. Dlaczego białko ma znaczenie dla sytości. Dlaczego błonnik wspiera jelita. Dlaczego rytm posiłków może wpływać na energię. Dlaczego sen i kofeina nie są pobocznym tematem, gdy mówimy o witalności.

Dobre science based nie polega na rzucaniu badaniami jak konfetti. Polega na tym, że po spotkaniu rozumiesz więcej i możesz podjąć lepszą decyzję przy własnym talerzu. Bez paniki. Bez poczucia winy. Bez kupowania suplementów, których nazw nie umiesz wymówić.

Interaktywna część warsztatu

Była też przestrzeń na pytania i rozmowę. Ten element jest ważny, bo odżywianie w teorii bywa proste, a w praktyce wchodzi życie.

Inaczej je osoba pracująca z domu, inaczej ktoś biegający między spotkaniami. Inaczej wygląda jedzenie przy problemach jelitowych, inaczej przy dużym stresie, inaczej przy zaburzonym śnie. Uniwersalne zasady mogą pomóc, ale dopiero pytania pokazują, gdzie zaczyna się prawdziwe życie.

Podobało mi się, że można było poruszyć zwykłe tematy. Co zjeść, gdy nie ma się czasu. Jak myśleć o przekąskach. Jak nie wpadać w skrajności. Jak zacząć zmianę bez robienia z kuchni centrum dowodzenia NASA.

W takich momentach przypomina mi się też, że szybkie jedzenie nie musi oznaczać jedzenia przypadkowego. Czasem dobrze skomponowany zdrowy koktajl ma więcej sensu niż kolejna przekąska złapana tylko dlatego, że była pod ręką.

Dla kogo był ten warsztat?

Moim zdaniem dla osób, które czują, że ich energia w ciągu dnia jest nierówna. Dla tych, którzy po lunchu odpływają. Dla osób z wrażliwym brzuchem. Dla ludzi, którzy wiedzą, że jedzenie ma znaczenie, ale nie chcą wchodzić w dietetyczny fanatyzm.

Też dla tych, którzy lubią rozumieć dlaczego. Nie tylko dostać listę: jedz to, nie jedz tamtego. Raczej zobaczyć zależności między posiłkiem, jelitami, snem, stresem i koncentracją.

Jeśli ktoś żyje z problemami brzucha dłużej niż jeden gorszy tydzień, to temat odżywiania zaczyna być dużo bardziej osobisty. Pisałam już o tym przy okazji tekstu o codzienności z chorobą jelit, bo wtedy jedzenie przestaje być tylko wyborem z menu.

W świecie, w którym co tydzień ktoś ogłasza nowy cudowny sposób na energię, taki warsztat jest miłą odmianą. Mniej hałasu. Więcej sensu.

Co zostało mi po Vitality by Nutrition?

Najbardziej zostało mi jedno: witalność nie musi wyglądać jak perfekcyjny poranek z internetu. Może wyglądać jak dobrze skomponowane śniadanie, kawa wypita po jedzeniu, większa porcja błonnika, wcześniejsze odłożenie telefonu, spokojniejszy brzuch i decyzja, żeby nie traktować ciała jak maszyny do dowożenia zadań.

Nie wyszłam z warsztatu z poczuciem, że muszę zmienić całe życie. Wyszłam z kilkoma konkretnymi rzeczami do sprawdzenia. I to jest dla mnie dużo lepsze.

Wieczorem nie zawsze trzeba iść w kolejną kawę albo słodką przekąskę udającą ratunek. Czasem cieplejszy rytuał, nawet taki jak wegańskie złote mleko, bardziej pasuje do rozmowy o śnie, wyciszeniu i wspieraniu organizmu.

Bo najlepsza edukacja o jedzeniu nie robi z człowieka projektu naprawczego. Daje mu narzędzia, żeby lepiej zrozumiał własne ciało.

Vitality by Nutrition był właśnie o tym: o energii, jelitach, codziennych wyborach i nauce podanej tak, żeby dało się z niej skorzystać po wyłączeniu laptopa.

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz