Pamiętam jeszcze ten rodzaj ekscytacji, kiedy serial nie był tylko serialem, ale wydarzeniem rangi społecznej. Kiedy po odcinku człowiek nie zamykał laptopa i nie szedł dalej, tylko wchodził w teorie, memy, komentarze, rozmowy i dziwne zakątki internetu, gdzie ludzie rozbierali każdą scenę na części pierwsze.
Przy Grze o tron to było wręcz osobne życie. Ludzie naprawdę ubierali się na czarno, jak Ubieram się na czarno bo jestem z Nocnej Straży. Powstawały strony, żarty, testy, fanarty, przepychanki o rody, mapy, drzewa genealogiczne, teorie o każdym spojrzeniu i każdej przepowiedni. Nie trzeba było nawet oglądać serialu od początku, żeby wiedzieć, że coś dzieje się w popkulturze. Internet miał wtedy zapach wielkiej zbiorowej obsesji.
Pamiętam też, że przy Grze o tron nie chodziło tylko o wielkie bitwy i smoki. Mnie wciągały nawet postacie poboczne, które dziś pewnie dostałyby dwa TikToki i zniknęły w feedzie. Potrafiłam analizować Lysę Tully, jej paranoję, samotność, obsesję na punkcie syna i to dziwne, duszne szaleństwo Orlego Gniazda. To był ten typ oglądania, w którym człowiek nie tylko śledzi fabułę, ale zaczyna rozkładać bohaterów na części pierwsze, bo wydają się prawdziwsi niż większość tego, co scrollujesz w ciągu dnia.
I dlatego tak mocno widać różnicę, kiedy pojawia się House of the Dragon. Budżet, marka, smoki, nazwisko Targaryenów, wszystko teoretycznie się zgadza. A jednak ta fala nie wróciła w tej samej skali. Odcinki były oglądane, ludzie komentowali, media pisały, ale nie czułam tego samego prądu. Nie było wrażenia, że pół internetu żyje jednym światem i że każdy poniedziałek po odcinku ma swój wspólny język.
Podobnie było z drugim sezonem Bridgertonów. Pierwszy wybuch fascynacji był bardzo konkretny: kolacje w stylu regency, sukienki, spacery, estetyka, herbaty, zaproszenia, dekoracje, playlisty, całe małe życie wokół serialu. Kolejne sezony nadal miały widownię, promocję i piękne kadry, ale trudno nie zauważyć, że ta pierwsza świeżość gdzieś się rozproszyła. Jakby internet umiał się zachwycić, ale coraz krócej.
I właśnie o tym jest ten tekst. Nie o tym, że kiedyś wszystko było lepsze, bo to byłaby zbyt łatwa nostalgia. Bardziej o pytaniu, czy internet, który miał pomagać nam odkrywać muzykę, filmy i seriale, przypadkiem nie zaczął odbierać nam części tej ekscytacji. Tej dziwnej, dziecięcej, zbiorowej fascynacji, kiedy coś trafia do ludzi i przez chwilę naprawdę żyje.
Fandomy z lat 2010+ miały w sobie coś, czego dziś brakuje
Dla mnie fandomy z lat 2010+ były jednym z najbardziej charakterystycznych zjawisk internetu. Nie tylko dlatego, że ludzie lubili dane seriale, zespoły czy książki. Bardziej dlatego, że wokół nich powstawały całe małe światy.
Podobnie miałam z serialem Wspaniałe stulecie. Tam nie weszłam tylko w serial. Ja się w tym świecie po prostu zakochałam. W pałacowych korytarzach, sukniach, spojrzeniach, intrygach, muzyce, napięciu między władzą a uczuciem. Ten serial miał w sobie coś, co sprawiało, że człowiek chciał zostać w tej estetyce dłużej, czytać o postaciach, sprawdzać tło historyczne, oglądać fragmenty jeszcze raz i rozumieć, dlaczego jedna scena potrafiła siedzieć w głowie pół dnia.
Fandom nie kończył się na obejrzeniu odcinka. On zaczynał się po odcinku. W komentarzach, na Tumblrze, na Facebooku, w grupach, na forach, na YouTubie, w fanowskich grafikach, żartach, cosplayach, analizach i dziwnych memach, które rozumiało się tylko wtedy, gdy było się w środku.
Ludzie wybierali dom z Hogwartu, ród z Westeros, frakcję z dystopii, drużynę w romansie, ulubionego bohatera, ulubioną teorię. Czasem wyglądało to śmiesznie, czasem przesadnie, ale miało jedną rzecz, której dziś często brakuje: czas na przywiązanie.
Nie wszystko przepalało się w trzy dni. Serial potrafił rosnąć przez tygodnie. Piosenka mogła powoli wchodzić do życia. Film miał dłuższy ogon niż weekend premiery. Człowiek miał przestrzeń, żeby czymś się zachwycić, wrócić do tego, poszukać więcej, pogadać, pospierać się, poczuć, że należy do małego internetowego plemienia.
Dziś premiera jest wszędzie i nigdzie naraz
Dziś o premierze często wiemy zanim zdążymy poczuć ciekawość. Zwiastun, teaser, plakat, wywiad, reakcja na zwiastun, analiza reakcji, kontrowersja wokół castingu, przewidywania, przecieki, ranking oczekiwań, sponsorowany post, drugi zwiastun, oficjalny fragment, TikTok z planu, aktorzy w talk-show, kampania na Instagramie.
Zanim film albo serial wychodzi, internet zdąży go kilka razy przeżuć.
Kiedyś czekało się na odkrycie. Dziś często czeka się na potwierdzenie, czy produkt dowiózł oczekiwania. To zupełnie inny rodzaj kontaktu z kulturą. Mniej w nim zaskoczenia, więcej kontroli jakości.
Premiera nie wchodzi już do pustego pokoju. Wchodzi do pokoju pełnego opinii, teorii, zmęczenia, żartów, spoilerów i ocen wystawionych jeszcze przed seansem. Trudno się zachwycić czymś niewinnie, kiedy internet wcześniej nauczył Cię, jak masz na to patrzeć.
Algorytm nie daje nam odkrywać, tylko podaje podobne rzeczy
Internet obiecywał nieskończone odkrywanie. I technicznie to prawda: mamy dostęp do większej liczby filmów, seriali, płyt, playlist i koncertów niż kiedykolwiek wcześniej. Tylko że nadmiar nie zawsze oznacza przygodę.
Algorytm rzadko mówi: chodź, pokażę Ci coś dziwnego, co może zmienić Ci gust. Częściej mówi: skoro lubisz to, dam Ci coś podobnego. Skoro zatrzymałaś się na tym fragmencie, dostaniesz kolejne. Skoro obejrzałaś jeden edit, dostaniesz dziesięć następnych. Skoro posłuchałaś jednego klimatu, dostaniesz playlistę z tym samym nastrojem.
Wygodne? Bardzo. Ekscytujące? Niekoniecznie.
Odkrywanie muzyki albo filmu kiedyś często wymagało małego wysiłku. Ktoś polecił płytę. Ktoś nagrał składankę. Ktoś wrzucił link na forum. Ktoś miał opis na blogu. Ktoś znał zespół, którego nie znała reszta klasy. Było w tym trochę polowania. Dziś wszystko przychodzi samo, więc szybciej traci smak znaleziska.
Muzyka też straciła część rytuału odkrywania
Z muzyką widać to chyba jeszcze mocniej. Kiedyś nowa płyta potrafiła być wydarzeniem. Słuchało się jej w całości, wracało do tekstów, czekało na teledysk, sprawdzało okładkę, szukało wywiadów, próbowało zrozumieć, co artysta chciał zrobić.
Dziś bardzo często poznajemy muzykę przez fragment. Piętnaście sekund refrenu. Trend na TikToku. Przyspieszona wersja. Spowolniona wersja. Edit z bohaterem serialu. Piosenka działa jako dźwięk do emocji, nie zawsze jako utwór, który ma początek, środek i koniec.
Nie mówię, że to zawsze złe. Sama potrafię znaleźć dobrą piosenkę przez przypadkowy filmik. Ale coś się zmieniło. Muzyka coraz częściej trafia do nas jako element obiegu treści, nie jako osobne odkrycie.
Piosenka staje się tłem do trendu. Artysta staje się częścią feedu. Album staje się zbiorem potencjalnych fragmentów. A jeśli wszystko działa jako fragment, trudniej zbudować głębszą fascynację.
Internet przyspieszył zachwyt, ale też szybciej go zużywa
Najbardziej dziwi mnie dziś tempo zużywania zachwytu. Coś wychodzi w piątek. W sobotę są już najlepsze sceny. W niedzielę są memy. W poniedziałek są głosy, że hype przesadzony. We wtorek zaczyna się backlash. W środę wszyscy pytają, co oglądamy dalej.
Nawet jeśli coś nam się podoba, internet potrafi bardzo szybko zamienić przyjemność w zmęczenie. Widzisz ten sam fragment dziesięć razy. Ten sam żart. Ten sam edit. Ten sam komentarz. Te same dwa zdania o tym, że aktorka zjadła scenę albo że finał nie dowiózł.
Fascynacja potrzebuje tlenu. Internet często daje jej megafon, ale zabiera powietrze.
Przy Grze o tron też były memy, teorie i kłótnie. Różnica polegała na tym, że serial miał rytm. Odcinek, tydzień czekania, rozmowy, domysły, kolejny odcinek. Dziś wiele tytułów wpada do internetu całym sezonem albo wchodzi w obieg krótkich treści tak szybko, że widz nie tyle przeżywa historię, ile konsumuje jej reakcje.
Weekly release budował wspólne napięcie
Jednym z powodów, dla których stare serialowe obsesje tak mocno działały, był rytm tygodniowy. Trzeba było czekać. A czekanie, choć irytujące, budowało napięcie.
Przez tydzień ludzie analizowali sceny, pisali teorie, przewidywali zdrady, kłócili się o bohaterów, wracali do poprzednich odcinków. Serial istniał między odcinkami. Nie tylko w momencie oglądania.
Model wypuszczania całych sezonów naraz daje wygodę, ale odbiera część wspólnoty. Każdy ogląda w swoim tempie. Jedna osoba skończyła sezon w noc premiery, druga jest na drugim odcinku, trzecia boi się internetu przez spoilery, czwarta już zapomniała, bo obejrzała coś następnego.
Wspólna rozmowa robi się trudniejsza. A bez wspólnej rozmowy trudniej o fandomową gorączkę.
Bridgertonowie pokazali, że estetyka może wybuchnąć tylko raz
Bridgertonowie są dobrym przykładem, bo pierwszy sezon wszedł nie tylko jako serial, ale jako estetyka. Sukienki, bale, herbaty, kolacje, spacery, pastele, muzyka klasyczna w popowych wersjach, romance, plotka, dekoracje. Ludzie mogli wejść w ten świat nie tylko przez oglądanie, ale też przez styl życia na chwilę.
To było bardzo internetowe i bardzo skuteczne. Serial dawał pretekst, żeby zrobić kolację, ubrać się inaczej, wrzucić playlistę, przygotować spotkanie, zrobić sesję zdjęciową, pogadać o romansach i dworskich napięciach. Nawet jeśli ktoś nie był wielkim fanem fabuły, mógł wejść w klimat.
Kolejne sezony nadal miały swoje widzki i widzów. Tylko że estetyczny szok nowości już się wydarzył. Internet znał ten świat. Wiedział, czego się spodziewać. Sukienki, bale i plotka nie miały już tej samej siły odkrycia.
Tu widać coś ważnego: dzisiejszy internet bardzo mocno nagradza pierwsze uderzenie. Pierwszy zachwyt, pierwszą estetykę, pierwszy trend. Potem nawet dobry sezon może wyglądać jak powrót do miejsca, które już zostało obfotografowane z każdej strony.
House of the Dragon miał smoki, ale nie miał tamtego momentu
House of the Dragon miał teoretycznie wszystko, żeby znowu podpalić internet. Wielką markę, smoki, konflikty rodowe, kostiumy, dramaty rodzinne, politykę, nazwisko Targaryenów. A jednak nie wydarzyło się to samo, co przy Grze o tron.
Może dlatego, że internet jest inny. Może dlatego, że widzowie są bardziej zmęczeni. Może dlatego, że po finale Gry o tron część ludzi straciła zaufanie do tego świata. A może dlatego, że trudno powtórzyć pierwszy raz, kiedy całe pokolenie uczyło się oglądać fantasy jako wspólne wydarzenie.
Fandom nie działa na komendę. Nie wystarczy dać smoków, nazwisk i dużego budżetu. Musi pojawić się poczucie, że ludzie nie tylko oglądają, ale chcą w tym świecie mieszkać przez chwilę.
Przy Grze o tron ludzie nosili czarne ubrania, żartowali z Nocnej Straży, wybierali rody, robili teorie i traktowali Westeros jak wspólną mapę emocji. Sama potrafiłam zatrzymać się nie tylko na głównych bohaterach, ale też na takich postaciach jak Lysa Tully, bo jej historia miała w sobie ten duszny, psychologiczny ciężar, który aż prosił się o analizę. Przy pierwszym sezonie Rodu smoka jeszcze szukałam tamtej dawnej iskry, ale przy drugim sezonie Rodu smoka częściej miałam wrażenie, że internet serial komentuje, ale niekoniecznie w nim zamieszkuje.
Fandom potrzebuje czasu, a my dostaliśmy feed
Fandom wymaga powtórzeń, rozmów i trochę nudy. Trzeba mieć czas, żeby pomyśleć o bohaterze pod prysznicem. Żeby wrócić do sceny. Żeby posłuchać piosenki jeszcze raz. Żeby napisać głupi komentarz. Żeby stworzyć teorię, która może być kompletną bzdurą, ale przez trzy dni daje radość.
Feed działa inaczej. Feed nie lubi, gdy siedzisz za długo przy jednej rzeczy. Pokazuje następną. I następną. I następną. Jeszcze jeden serial. Jeszcze jeden edit. Jeszcze jedna płyta. Jeszcze jeden trailer. Jeszcze jedna kontrowersja.
Nie dziwię się, że trudniej nam się zakochać w kulturze tak mocno jak kiedyś. Zakochanie wymaga zawężenia uwagi. Internet żyje z jej rozszczepienia.
Czy mamy dziś za dużo dobrych rzeczy?
Brzmi absurdalnie, ale chyba tak. Mamy za dużo dobrych rzeczy naraz.
Za dużo seriali, które warto obejrzeć. Za dużo płyt, których warto posłuchać. Za dużo filmów, o których wypada mieć zdanie. Za dużo premier, zwiastunów, rankingów, recenzji i list do nadrobienia. Kultura przestała być miejscem odkrywania, a zaczęła przypominać skrzynkę mailową.
Nie oglądam, tylko nadrabiam. Nie słucham, tylko sprawdzam. Nie odkrywam, tylko próbuję nie wypaść z obiegu.
Dlatego tak ciekawie wypada dla mnie fenomenalne Juno. To nie jest film, który potrzebuje wielkiej kampanii, żeby zostać w człowieku. Jego siła siedzi w dialogach, nieoczywistej czułości, lekko dziwnym humorze i tym specyficznym tonie, którego nie da się łatwo przerobić na trend. Takie filmy kiedyś miały więcej przestrzeni, żeby powoli stać się czyimś prywatnym odkryciem.
W takim trybie ekscytacja ma trudne warunki. Bo ekscytacja nie lubi poczucia zaległości. Lubi przestrzeń. Lubi czas. Lubi moment, w którym człowiek nie musi wybierać między piętnastoma nowymi rzeczami, tylko może naprawdę wejść w jedną.
Sex and the City było czymś więcej niż serialem
Sex and the City też było takim fenomenem, którego dziś nie da się łatwo powtórzyć. Carrie Bradshaw nie była tylko bohaterką serialu. Ona stała się stylem, językiem, sposobem mówienia o randkach, kobiecości, przyjaźni, mieście i ubraniach. Sarah Jessica Parker miała wtedy sławę, którą trudno porównać z dzisiejszym rozproszonym celebryctwem. To był poziom rozpoznawalności, przy którym nawet narodziny dziecka zamieniały się w medialne wydarzenie. Pokazanie jej dziecka wyglądało niemal jak amerykańska wersja królewskiego wyjścia rodziny Brytyjskiej przed fotografów. A to dobrze pokazuje skalę tamtego zjawiska: aktorka z serialu HBO mogła stać się symbolem epoki, a jej postać przenikała do mody, języka i wyobrażeń o dorosłym życiu w mieście.
Nie każda kontynuacja unosi ciężar pierwszej fascynacji
Widać to też przy światach i bohaterkach, które kiedyś miały swój osobny ciężar. Dziewczyna w sieci pająka jest dla mnie przykładem rozczarowania, które boli bardziej właśnie dlatego, że wcześniej była fascynacja. Lisbeth Salander miała klimat, styl, ciemność i energię, której nie dało się łatwo podrobić. Kiedy kolejna odsłona nie dowozi tego napięcia, człowiek nie reaguje jak na zwykły słabszy film. Reaguje jak ktoś, komu zabrano kawałek dawnego zachwytu.
Spoilery też zmieniły sposób oglądania
Kiedyś spoiler trzeba było przypadkiem przeczytać na forum albo usłyszeć od kogoś. Dziś spoiler potrafi znaleźć Cię sam, w miniaturce, w opisie filmiku, w komentarzu, w trendującym audio, w memie wrzuconym godzinę po premierze.
To zmienia oglądanie. Człowiek nie tylko czeka na odcinek. Człowiek pilnuje internetu. Nie wchodzi na TikToka. Unika komentarzy. Przewija szybko. Ogląda wcześniej, niż ma siłę, bo boi się, że jutro będzie już za późno na niewiedzę.
Odkrywanie potrzebuje niewiedzy. Internet bardzo często tę niewiedzę zabiera.
A kiedy wiesz za dużo przed seansem, emocja jest inna. Nie idziesz w historię. Idziesz sprawdzić, jak dokładnie wydarzy się rzecz, o której już wiesz.
Muzyka i filmy stały się częścią autoprezentacji
Jest jeszcze jeden wątek: kultura coraz częściej służy do pokazywania siebie. Co oglądasz, czego słuchasz, z czego się śmiejesz, co hejtujesz, czym się zachwycasz, co uznajesz za cringe, a co za arcydzieło.
Oczywiście zawsze tak było w jakimś stopniu. Gust zawsze mówił coś o człowieku. Tylko dziś gust bardzo szybko trafia na scenę. Playlisty, relacje, stories, Letterboxd, Spotify Wrapped, TikToki, estetyki, reakcje. Nawet odkrywanie bywa publiczne.
I wtedy pojawia się napięcie: czy ja naprawdę coś lubię, czy lubię to, jak wyglądam jako osoba, która to lubi?
To pytanie potrafi zabić prostą radość. Bo zamiast dać się porwać piosence albo serialowi, zaczynasz widzieć siebie z boku. Jak wypadam z tym zachwytem? Czy to już cringe? Czy jestem spóźniona? Czy lubię coś za bardzo? Czy powinnam mieć bardziej wyrafinowaną opinię?
Czy internet całkiem odebrał nam ekscytację?
Nie całkiem. Ekscytacja nadal się zdarza. Tylko częściej jest krótsza, bardziej rozproszona i szybciej przerabiana na treść.
Nadal potrafimy się czymś zachwycić. Nadal są piosenki, które nagle łapią miliony ludzi. Nadal są seriale, które robią rozmowę. Nadal są filmy, które wchodzą do języka internetu. Tylko że dziś ta fascynacja szybciej przechodzi przez maszynę: reakcja, mem, trend, backlash, analiza, przesyt.
Wcześniej fandom mógł być miejscem zamieszkania. Dziś częściej bywa przystankiem w feedzie.
I może dlatego tęsknię za tamtym uczuciem. Nie za samą Grą o tron, nie za konkretną stroną z żartem o Nocnej Straży, nie za pierwszym sezonem Bridgertonów. Bardziej za momentem, w którym kultura nie była jeszcze tak natychmiast przemielona. Kiedy można było odkrywać, przywiązywać się, czekać i nie czuć, że za rogiem już stoi kolejny trend z zegarkiem w ręku.
Jak odzyskać trochę tej ekscytacji?
Nie mam wielkiego rozwiązania. Ale mam podejrzenie, że część ekscytacji wraca wtedy, gdy zwalniamy kontakt z kulturą.
Oglądać jeden serial bez sprawdzania reakcji po każdym odcinku. Posłuchać całej płyty, nie tylko fragmentu z trendu. Nie czytać recenzji przed seansem. Nie sprawdzać, czy internet już uznał coś za dobre. Nie zamieniać każdego filmu w opinię do wystawienia. Pozwolić sobie lubić coś bez natychmiastowego uzasadnienia.
Może trzeba też częściej wybierać rzeczy trochę poza algorytmem. Film z polecenia jednej osoby, a nie z listy najgorętszych premier. Płytę znalezioną przypadkiem. Stary serial, który nie ma już aktualnego hype’u. Kino bez sprawdzania ocen. Muzykę, która nie pasuje do naszego profilu, ale coś w niej drapie.
Ekscytacja lubi przypadek. Internet coraz częściej ten przypadek wygładza.
Zakończenie: może nie straciliśmy zachwytu, tylko czas na zachwyt
Nie sądzę, że staliśmy się mniej zdolni do fascynacji. Raczej mamy mniej przestrzeni, żeby fascynacja urosła.
Internet daje nam więcej kultury niż kiedykolwiek, ale nie zawsze daje warunki, żeby coś naprawdę przeżyć. Wszystko jest dostępne, skomentowane, ocenione, porównane, streszczone i przerobione na format, zanim zdążymy zapytać, czy nas to w ogóle poruszyło.
Może dlatego tak mocno pamiętamy fandomowe wybuchy sprzed lat. Bo one nie były tylko o serialach, muzyce czy filmach. Były o wspólnym czasie. O czekaniu. O rytuale. O poczuciu, że przez chwilę wiele osób patrzy w tę samą stronę i nie przewija dalej po trzech sekundach.
Czy internet odebrał nam ekscytację odkrywaniem muzyki i filmów? Nie do końca. Ale nauczył nas przeżywać ją szybciej, głośniej i krócej.
A ja chyba tęsknię za tym, żeby znowu coś lubić długo, przesadnie i bez natychmiastowego zmęczenia.
Przyznaję Ci rację, wszystkiego jest za dużo, seriale przestałam oglądać, chyba, ze rzeczywiście coś mnie poruszy. Ile kryminałów można obejrzeć, wszystko jest do siebie podobne, muzyka , filmy, seriale.
OdpowiedzUsuńGOT czytałam przed serialem i nie mogłam się doczekać kolejnego odcinka, nie przyznam się ile razy oglądałam całość... Ksiązki wspaniałe,.
Ród smoka oglądam ze względu na smoki, spowszedniał.
Pozdrawiam.:))
wszystko zaczyna wyglądać jak jedno kopyto - książki teraz co wychodzą są coraz bardziej do siebie podobne, kreatywny mózg gdzieś nam znika
UsuńNiewątpliwie masz rację. Świat przyspieszyła, nie ma chwili na zatrzymanie się, zachwycenie chwilą. Atakowani wciąż jesteśmy reklamami na każdym kroku, propozycjami, które oglądaliśmy, nachalność Internetu jest irytująca. Ale bez niego wielu ludzi nie wyobraża sobie życia.
OdpowiedzUsuń